PLFA

piątek, 19 lipca 2013

Od trzech lat dość dokładnie obserwuję PLFA. Cieszę się sukcesami polskiego futbolu, chodzę na stadion, oglądam transmisje internetowe. Jednak po tym sezonie mam nieodparte wrażenie, że liga dotarła do ściany, którą może przebić lub się od niej odbić.

 

Jednak zanim przejdę do sedna mały (jak to mawiają Amerykanie) disclaimer. Nie jestem związany z żadną polską drużyną futbolu amerykańskiego. Moją przygodę z tym sportem zacząłem od oglądania Super Bowl na Canal+, kiedy PLFA jeszcze nie istniała. Pewnego dnia postanowiłem sprawdzić jak to wygląda w Polsce i wybrałem się na mecz jednej z dwóch drużyn we Wrocławiu, gdzie mieszkam. Traf chciał, że akurat w tym tygodniu domowy mecz grali Devils. I tak, trochę przypadkiem, zostałem ich kibicem :) Piszę to więc z perspektywy kibica patrzącego na wszystko z zewnątrz, nieuwikłanego w żadne powiązania w polskim futbolowym światku. PLFA daje mi możliwość kontaktu z tym sportem, kiedy NFL i NCAA mają przerwę, ale mimo wszystko interesuję się głównie NFL, czego można się domyślić po tytule bloga.

 

Skąd ten długi wstęp? Ano stąd, że większość ludzi piszących o futbolu są to osoby mniej lub bardziej powiązane z klubami. Czy mówimy o blogu Dawida Białego, videoblogach Arka Soberskiego i Babsa, portalu quarterback.pl czy wreszcie magazynie Extra Point – wszystko to tworzą ludzie, którzy grali (grają) w polskich klubach lub w nich pracują. Wydawcą Extra Point jest przecież drużyna Warsaw Eagles.

Nie piszę tego jako zarzut. Czytam i oglądam regularnie wspomniane wyżej blogi i prenumeruję Extra Point. Chodzi mi tylko o to, że trochę brakuje spojrzenia na polski futbol z zewnątrz, z perspektywy kibica. I właśnie takie spojrzenie po zakończonym sezonie chciałbym zaprezentować, mając nadzieję, że może ktoś z ligi to przeczyta i da mu coś do myślenia, choć oczywiście zgadzać się ze mną nie trzeba.

 

Najpierw o tym, co było dobre w tym sezonie, który umownie potraktujmy jako czas od NAC VII Superfinału do Trawnik Producent VIII Superfinału.

Przede wszystkim liga (będę tak w skrócie pisał o całym środowisku futbolowym, wiem, że to nieprecyzyjne) zorganizowała cztery duże eventy: Euro-American Challenge, debiut reprezentacji Polski, dzień futbolu amerykańskiego na Narodowym, no i wspomniany wyżej VIII Superfinał. Fajnie, że takie rzeczy się dzieją, że ludzie mają możliwość kontaktu z futbolem, że przebija się to do mediów, choć wydarzenie te miały też słabe punkty o czym dalej.

Po drugie super, że liga się rozwija. W futbol gra się na coraz wyższym poziomie w coraz większej ilości miejsc w Polsce i coraz więcej drużyn przystępuje do rywalizacji. Mamy coraz więcej zawodników, rozwija się szkolenie juniorów, powstają programy do pracy z dzieciakami, do pomocy wuefistom itd. Bardzo mnie ucieszyła postawa braci Dziedziców z Giants, którzy może nie są gwizdami pierwszej wielkości, ale obaj w wieku 19 lat pełnią bardzo odpowiedzialne role w drużynie mistrza Polski. Znajdźcie mi polskich 19-latków, którzy rozgrywają w piłkarskiej Legii czy koszykarskim Zastalu.

Po trzecie cieszy mnie, że pojawiają się wyżej wspomniane media. Babs, Dawid Biały i Arek Soberski ruszyli ze swoimi blogami, a Extra Point trafił do Empików, gdzie jest spora szansa, że na gazetę natknie się ktoś spoza środowiska futbolowego.

 

Trzeba jednak pamiętać, żeby plusy nie przysłoniły nam minusów, jak mawiał klasyk. A tych niestety w tym roku było sporo.

Pierwszym i najważniejszym był niestety ostry konflikt graczy i trenerów z sędziami. Jak już kilkakrotnie pisałem sam jestem sędzią (choć koszykarskim), więc może nie jestem do końca obiektywny. Wiem doskonale, że sędziowie popełniali i będą popełniać błędy. Kibice się na sędziach wyżywają i będą wyżywać. Znamienne były dla mnie jednak wywiad „PLFA to już nie jest moja liga” z Michałem Rosiakiem na quarterback.pl i ostatni felieton Alexandra Zarganisa w Extra Point. Obaj zwrócili uwagę, że rośnie poziom ligi, a przez to i trudność ich sędziowania. Nie jest to żadne usprawiedliwienie dla sędziów, ale jeśli ilość meczy rośnie szybciej niż sędziów, to wiadomo, że poziom obsad musi spadać. Zwłaszcza, że z tego co wiem sędziowie w Polsce nie są zawodowi i muszą łączyć sędziowanie z obowiązkami w pracy.

Bardzo niefajne są insynuacje graczy, trenerów i działaczy pod adresem sędziów, a już wydarzenia z meczu Kozły-Steelers zostawiły u mnie ogromny niesmak. Na próżno na stronie ligi szukałem komunikatu o konsekwencjach wyciągniętych z tego zdarzenia. Na próżno szukałem zapisu wideo, żeby zobaczyć co się tak właściwie tam stało. Zdarzenie właściwie zamieciono pod dywan. Michał Rosiak maluje bardzo czarny obraz relacji na linii sędziowie-Komisja Dyscyplinarna-kluby. Jeśli to co mówi jest prawdą, to obawiam się, że polski futbol może zacząć szybko przypominać bagno, w którym tkwi ten futbol, który w USA nazywają soccerem.

Niełatwej sytuacji na pewno nie poprawi odejście w proteście Rosiaka oraz przeprowadzka do USA Zarganisa, co zmniejsza i tak skromną pulę doświadczonych polskich arbitrów. W tej sytuacji tym bardziej konflikty na linii sędziowie-kluby po prostu trzeba załatwiać tak jak przewiduje regulamin PLFA, a nie generować dodatkowe niezdrowe sytuacje. No chyba, że kluby chcą grać bez sędziów, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek poważny to rozważał.

Z drugiej strony mamy sędziów, którzy też nie są bez winy. Po pierwsze ich histeryczna i radykalna reakcja na wydarzenia w Poznaniu. Znowu, od tego są kanały oficjalne, a nie oświadczenia. Po drugie, jeśli już grozimy, że nie wyjdziemy na boisko jeśli coach Blasko będzie na ławce, to nie wychodzimy na boisko. Jeśli, jak twierdzi Rosiak, było inaczej, to sędziowie z własnej winy pozbawiają się autorytetu. Po trzecie wreszcie, sędziowie w futbolu mają fenomenalne narzędzie, niedostępne arbitrom w żadnym innym sporcie zespołowym – mikrofon. Kilka razy zdarzyło się, że byłem wściekły na sędziów, którzy podjęli błędną, moim zdaniem, decyzję na niekorzyść Devils. Po czym wracałem do domu, sprawdzałem rulebook i przekonywałem się, że cholera mieli rację, to był wyjątek. Drodzy sędziowie, przyjmijcie radę od kolegi z innej dyscypliny: mnóstwo zawodników i trenerów NIE ZNA przepisów. Znają te podstawowe, najczęściej używane, subtelności im umykają. A potem mają pretensje. Ja na hali nie mogę im tego wyjaśnić, wy przez mikrofon możecie krótko uzasadnić decyzję, a przy okazji edukować kibiców, graczy i trenerów. Fajnym krokiem było też wyjaśnienie kontrowersji co do decyzji sędziowskich z meczów Seahawks-Eagles i Giants-Devils na stronie ligi. Może stała rubryka z czymś takim?

 

Rozpisałem się o sędziach, ale to nie koniec mojego marudzenia. Podstawowym problemem PLFA, nad którym liga musi się pochylić, jest słaba frekwencja na stadionach. Chodząc na mecze mam wrażenie, że w większości przychodzą tam koledzy i rodziny graczy, a także zawodnicy z innych drużyn. Innymi słowo środowisko futbolowe z przyległościami. PLFA może zostać tam gdzie jest: półamatorska liga, robiona przez kolegów dla kolegów, których poczynania z trybun oglądają inni koledzy i rodziny. Może też pójść w stronę zawodowstwa i przyciągnąć na stadiony nowych ludzi, którzy, tak jak ja, przychodzą tam nie dla kolegów tylko dla sportu.

Niestety mam wrażenie, że część środowiska ma opory przed takim podejściem. Pod jednym z wpisów Dawida Białego na Facebooku pojawił się znamienny komentarz: „ Dawid z takim czymś to na pasjonatów [Pasjonaci futbolu amerykańskiego – grupa na FB – przyp. NFLBlog]. Tam poznasz opinie dziesiątek osób, które dla rozwoju futbolu w polsce nawet nie pierdnęły, ale na pewno będą specjalistami w pozyskiwaniu sponsorów na tak duże eventy.” (pisownia oryginalna). Nie chodzi o komentowany tekst Białego, z którym można się zgodzić lub nie. Chodzi o ton wypowiedzi. Poziom dyskusji na pasjonatach jest różny, i jest tam sporo ludzi, którzy „nie pierdnęli”. Ale właśnie takich „nie pierdzących” czy, jak trochę pogardliwie o nich pisze Biały, „typowych Januszów” liga musi pozyskać na co dzień, jeśli chce się dalej rozwijać.

Oczywiście, że to będą ludzie, których tak samo jak boisko interesować będzie piwo i żeberka z grilla. Oczywiście, że nie będą chcieli za darmo i z entuzjazmem promować futbolu. Oczywiście, że nie mając żadnej wiedzy będą się wymądrzali i wygłaszali swoje opinie (jak ja:) ). Jeśli na mecze PLFA ma przychodzić 300-400 osób to ok, brandzlujcie się panowie we własnym sosie, bo cel osiągnięty. Ale jeśli chcecie grać przy kilku-kilkunastotysięcznej widowni tydzień w tydzień i dostawać kasę za grę, to musicie się pogodzić z „typowymi niepierdzącymi Januszami”.

Piszę o tym teraz, bo po Superfinale widać, że urok nowości futbolu powoli mija. Przyszło na niego 6,5 tys. osób mniej niż przed rokiem. 16,5 tys. to i tak świetny wynik, zwłaszcza, że trzeba odliczyć tych, którzy rok temu przyszli tylko obejrzeć nowy stadion. Niemniej jednak krok w tył. Trzeba pozyskać ludzi, których ten sport będzie interesował na co dzień, a nie od święta.

Jasne, łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować. Tak, jestem tego świadom :) Chodzi mi jednak o to, żeby środowisko futbolowe powiedziało sobie jasno, że chcemy wyższej frekwencji na stadionach co tydzień, a nie tylko na kilku eventach do roku.

Po pierwsze te eventy warto rozrzucić trochę po kraju. Są to medialne wydarzenia, na które ściągają przypadkowi ludzie, którzy mogą połknąć bakcyla. Superfinał jest na Narodowym i tam powinien pozostać. Ale liga musi dołożyć wszelkich starań, żeby inne eventy porozrzucać po Polsce. Myślę, że za największą frekwencję na meczach Eagles choć w części odpowiada to, że Warszawa miała możliwość lepiej zapoznać się z futbolem na tych wszystkich eventach. Ale może w tym roku Dzień Futbolu Amerykańskiego będzie w Poznaniu, Auro-American Challenge w Trójmieście, a kadra Polski zagra we Wrocławiu? To będzie szansa pozyskania nowych kibiców także w tych miastach. Niestety transport publiczny jest w Polsce tak katastrofalny, że nie byłem w Warszawie na Superfinale, choć bardzo chciałem. Niestety nie mogłem sobie pozwolić na powrót do domu w poniedziałek o siódmej rano. Tymczasem mecz kadry z Holandią, na który z przyjemnością bym poszedł, znów będzie w Warszawie.

Po drugie trzeba iść w górę z obiektami. Ja rozumiem, że stadion przy Sztabowej we Wrocławiu wiele osób związanych z Giants i Devils wspomina z rozrzewnieniem. Ale po pierwsze jest cholernie mały (jak można tam było grać półfinał?!), a po drugie siedzenie na tych niewygodnych krzesełkach trzy godziny to naprawdę tortura. Przynajmniej w Toplidze drużyny muszą grać na obiektach, których trybuny pomieszczą (na razie) przynajmniej tysiąc widzów.

Po trzecie poziom ligi. Niestety w tej chwili mamy wielką czwórkę, klasę niżej Kozły i klasę niżej całą resztę. Wielka czwórka nie przegrała w tym roku nawet jednego meczu z którąś z niżej notowanych ekip. Oglądanie takich spotkań to żadna frajda. Przyznam, że na żadnym z nich nie byłem. W tym roku byłem tylko na derbach Wrocławia, meczu z Seahawks i półfinale z Eagles. Po prostu nie chce mi się oglądać, jak jeden z zespołów miażdży drugi różnicą 50 punktów. Nie mam pomysłu jak to naprawić, ale naprawić trzeba.

Po czwarte transmisje internetowe. Z każdego meczu Topligi po prostu musi być transmisja internetowa. Sprzęt i łącza robią się coraz tańsze, więc nie ma co się zasłaniać kosztami. Przy czym nie może to być transmisja na zasadzie jasne piksele biegają za ciemnymi na zielonym tle… ups… zerwało połączenie. Trzeba wymusić odpowiednio wysoką jakość, żeby dało się to normalnie oglądać. A linki do każdego meczu powinny być eksponowane na stronie ligi. Do tego warto by było, żeby w poniedziałek-wtorek pojawił się krótki program na YouTube i stronie ligi – skróty z komentarzem, jakiś wywiad, jakiś reportaż, wszystkiego 10-15 minut. Z kolei na profilach klubów powinny być publikowane pełne nagrania meczów, żeby można je sobie było obejrzeć z odtworzenia. Niektóre kluby już tak robią, ale powinno to się stać standardem.

 

Zdaję sobie sprawę, że to co piszę brzmi prosto, ale prostym nie jest. Jednak jeszcze kilka lat temu nikt nie uwierzyłby w finał PLFA na Stadionie Narodowym w obecności 16,5 tys. kibiców. A dziś niektórzy nazywają to porażką. Kończę więc mój nieco przydługi wywód krótkim podsumowaniem moich tez:

1. Urok nowości futbolu amerykańskiego w Polsce zaczyna się wyczerpywać.

2. PLFA może pozostać zamkniętym środowiskiem wokół półamatorskiej ligi albo profesjonalizować się i otwierać na „typowych Januszów”, „pinkników” i innych, czyli zwykłych, przypadkowych kibiców, dla których jest to jeden ze sposobów na przyjemne spędzenie weekendu.

3. Celem na przyszły sezon powinno być zwiększenie średniej frekwencji na meczach ligowych.

4. Medialne eventy powinny być organizowane w całym kraju, nie tylko w Warszawie.

5. Trzeba poprawić stadiony, wyrównać poziom ligi i rozbudować transmisje.

6. Spory w środowisku trzeba rozstrzygać regulaminowymi kanałami, a nie awanturami na boisku.

 

Zapraszam do lajkowania profilu bloga na Facebooku. Już za niecałe 50 dni początek sezonu w NFL, więc to pewnie ostatni wpis o PLFA do meczu kadry z Holandią.

 

niedziela, 14 lipca 2013

Linia defensywna Giants Wrocław oraz Jamal Schulters zdominowali VIII Superfinał PLFA, co oznacza, że tytuł po rocznej banicji nad morzem wraca do Wrocławia. Szkoda tylko, że nie do Devils ;)

 

Od początku stało się jasne, że tak jak zeszłoroczny finał był meczem ofensywny, tak w tegorocznym spotkaniu będą dominowały defensywy. Obie linie defensywne bardzo dobrze penetrowały i nie pozwalały na rozwinięcie skrzydeł running backom. Długo utrzymywał się wynik 0:0, a ofensywy obu drużyn nie były w stanie nic wygenerować, nawet gdy po przechwycie Eagles znaleźli się 30 jardów od pola punktowego rywali.

Przełamanie nastąpiło oczywiście za sprawą defensywy. gracze Giants zsackowali Shane'a Gimzo w jego własnym polu punktowym na safety. Chwilę później ofensywa Giants przemaszerowała boisko, a całość wykończył 1-jardowym biegiem Jamal Schulters. Szkoda tylko, że, jak pokazały powtórki, do pola punktowego zabrakło mu kilkudziesięciu centymetrów. Nie mam tu pretensji do sędziów, bo akcja faktycznie była piekielnie trudna do oceny, ale może na przyszły rok warto pomyśleć nad jakimś systemem sprawdzania akcji na powtórkach na wzór NCAA, skoro mamy takie możliwości techniczne?

Eagles mogli zdobyć pierwsze punkty jeszcze przed przerwą, tylko najpierw nerwowa końcówka i kiepskie zarządzanie zegarem pozbawiło ich szansy na przyłożenie, a potem nie trafili field goala, więc na przerwę schodzili przegrywając 9:0.

 

Po przerwie szybko zrobiło się 16:0. Giants pokazali, że są bardziej wszechstronni w ataku. Linia ofensywna zaczęła lepiej torować drogę Schultersowi, który skrzętnie wykorzystywał szanse, a Bartosz Dziedzic, mimo zaledwie 19 lat na karku, grał lepiej niż jego vis a vis, Shane Gimzo. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że reciverzy Dziedzica maskowali jego drobne niedokładności, podczas gdy reciverzy Gimzo upuścili kilka naprawdę niezłych podań.

Eagles w drugiej połowie nieco zmienili sposób gry. Zaczęli biegać bardziej do linii bocznej, stosować podania typu screen, w samej końcówce udało im się nawet uruchomić klasyczną grę podaniową. Jednak obrona Giants szybko się w tym wszystkim połapała.

MVP zasłużenie zdobył Schulters, jednak ja przyznałbym tą nagrodę zbiorowo defensywie Giants. Dawno już nie widziałem tylu zatrzymań na linii wznowienia akcji lub wręcz na ujemne jardy. Shane Gimzo grał bardzo słabo, ale ogromna w tym zasługa linii defensywnej Giants, która znęcała się nad nim bezlitośnie i sackowała raz po raz.

 

Oba zespoły udowodniły, że faktycznie mają najlepsze defensywy w Polsce. Jednak to Giants potrafili lepiej dostosować się do sytuacji na boisku i mieli bardziej wszechstronną ofensywę. To oni potrafili uruchomić grę podaniową, która może nie stanowiła gigantycznego (nomen omen) zagrożenia, ale rozciągnęła obronę na tyle, żeby zrobić miejsce Schultersowi. Wrocławianie wygrali w pełni zasłużenie. Może i defensywa wygrywa mistrzostwa, ale bez zdobywania punktów nie sposób osiągnąć końcowego sukcesu.

 

Po meczu przyznano nagrody indywidualne za cały sezon. Poniżej lista i moje komentarze.

Najlepszy QB i MVP - Sedrick Harris (Devils Wrocław)

Nawet jako fan Devils mam wrażenie, że MVP należało się Schultersowi. Co do nagroda dla najlepszego QB pełna zgoda.

Najlepszy WR - Dawid Tarczyński (Devils Wrocław)

Hmmm... Clarence Anderson wyróżniał sie bardziej jako special teamer. MP3 (Mark Philmore) był w cieniu Schultersa. Więc chyba jednak Tarczyński.

Najlepszy RB - Jamal Schulters (Giants Wrocław)

Najlepszy OL - Babatunde Aiyegbusi (Giants Wrocław)

W tych dwóch przypadkach nie ma o czym gadać.

Najlepszy DL - Konrad Paszkiewicz (Warsaw Eagles)

Przyznaję bez bicia, że nie mam swojego kandydata, choć w finale Paszkiewicz nie imponował.

Najlepszy LB - Marc Avery-Erckhart (Warsaw Eagles)

Nie mam zastrzeżeń.

Najlepszy DB - Adam Lary (Devils Wrocław)

Tak. W kluczowych momentach najważniejszych meczów to on wykonywał najważniejsze akcje w obronie.

Najlepszy kicker - Krzysztof Wis (Devils Wrocław)

Wobec ogólnej degrengolady w ligowej kicking game Wis zdobył tę nagrodę chyba przez zasiedzenie. Może jednak Dawid Pańczyszyn? Wisa należałoby raczej docenić za dokonania w defensywie, choć Lary faktycznie miał lepszy sezon.

 

Na Stadion Narodowy przyszło tym razem tylko 16,5 tys. kibiców. To ponad 6 tys. mniej niż w zeszłym roku. Taka sytuacja musi być dzwonkiem alarmowym dla władz PLFA, ale więcej o moich obserwacjach z punktu widzenia kibica napiszę jeszcze w tym tygodniu.

Póki co gratulacje dla obu zespołów, które stworzyły naprawdę niezłe widowisko, a zwłaszcza dla nowych mistrzów Polski. Zawodnicy mają zasłużone wakacje. Na boiska PLFA wracamy w marcu 2014, a już za niespełna 2 miesiące kickoff w NFL, więc zaglądajcie na bloga i lajkujcie jego profil na Facebooku!

wtorek, 09 lipca 2013

Nie minęło dziesięć lat od powstania ligi, a Superfinał powoli staje się znaczącym punktem w sportowym kalendarzu Polski. W tym roku dwie najlepsze footballowe ekipy w Polsce znów spotkają się na Stadionie Narodowym w Warszawie.

W VIII Superfinale zagrają Giants Wrocław, którzy pokonali w półfinale obrońców tytułu, Gdynia Seahawks oraz Warsaw Eagles, którzy niespodziewanie wygrali swój wyjazdowy mecz półfinałowy z przetrzebionymi kontuzjami wrocławskimi Devils. Jak zwykle całej imprezie będzie towarzyszył piknik, bogata oprawa i liczne atrakcje pozaboiskowe, ale po szczegóły odsyłam na stronę internetową Superfinału, ja skupię się jedynie na aspekcie sportowym.

 

W zeszłym roku w finale zmierzyli się Eagles i Seahawks. Po ofensywnym, obfitującym w efektowne akcje spotkaniu wygrali ci drudzy. Spotkanie mogło zachwycić przygodnego kibica, ale mi brakowało dobrej gry w defensywie. W tym roku powinno być inaczej.

Tegoroczni Eagles i Giants to drużyny na pozór bardzo do siebie podobne. Dwie najlepsze defensywy ligi, obie ekipy opierają się na akcjach biegowych i mają wszechstronnych niebezpiecznych wide reciverów. Jednak po bliższym przyjrzeniu się widać wyraźne różnice, zwłaszcza w grze w ataku.

Giants to głównie Jamal Schulters, najlepszy obecnie running back w Polsce. To on biega z piłką w większości akcji wrocławian, odpowiada też często za akcje powrotne. FIlozofia ofensywna Giants polega na otwarciu ścieżek biegowych, które nieprawdopodobnie szybki i zwrotny Schulters mógłby zamienić na duże zyski jardowe w jednej akcji. Schulters biega zarówno przez środek, jak i do linii bocznej i ma gigantyczny repertuar zwodów.

Z drugiej strony mamy, jak to słusznie ujął na swoim blogu Dawid Biały. "pięciogłowego running backa z polskim paszportem o bardzo długim nazwisku, OsuchowskiSzpotańskiJuszczakKozdrójWięckowski." Innymi słowy Eagles "biegają komitetem", jak o takiej taktyce mawiają za oceanem. Do tego rozgrywający Eagles, Shane Gimzo, czasem lubi wziąć piłkę pod pachę i pobiec samemu. Zespół z Warszawy bardzo często ustawia się na dwóch lub nawet trzech running backów i korzysta z klasycznych fullbacków (tutaj więcej o pozycjach w ofensywie). Eagles są mistrzami zmylania rywali. Często nie wiadomo, który z licznych ustawionych za linią ofensywną graczy biegnie z piłką. W półfinale we Wrocławiu byli w tym tak skuteczni, że raz udało im się nawet zmylić sędziów. Z drugiej strony ich akcje najczęściej przechodzą przez środek, to typowy fizyczny football, w najbardziej klasycznym wydaniu "in your face", ze stosunkowo małymi, ale konsekwentnymi zyskami jardowymi.

Takie podejście determinuje taktykę. Giants chcą się przesuwać do przodu jak najszybciej, Eagles wręcz przeciwnie. Drużynie z Warszawy wystarcza zdobywanie 3-4 jardów na próbę. To wystarczy, żeby dojść do pola punktowego rywala, a jednocześnie seria ofensywna składająca się z 12 prób po 30 sekund każda zużywa połowę kwarty, podczas której ofensywa rywala stoi niegroźna za linią boczną (przy akcjach biegowych nie zatrzymuje się zegara, jeśli zawodnik nie wychodzi za boisko). A serie Eagles potrafią być dłuższe niż 12 prób.

Oba zespoły będą musiały wziąć na to poprawkę w obronie. Eagles będą zapewne niemal w ciemno szli do Schultersa, przesuwając pod linię wznowienia akcji jednego safety lub wręcz z niego rezygnując na rzecz dodatkowego linebackera. Podobnie ustawią się zapewne Giants, ale tu nie ma mowy o pójściu w ciemno do jednego gracza. Zamiast tego wrocławianie będą musieli zatrzymywać biegi rywala na lub nawet przed linią wznowienia akcji. Kluczowym starciem w tym meczy będzie walka linii ofensywnej Eagles, która musi wygenerować te kilka jardów miejsca dla running backów i linią defensywną Giants, która nie może dać się odepchnąć do tyłu i przepuścić "pięciogłowego potwora".

X-factorem w tym wszystkim może być dwóch wide reciverów. Po stronie Eagles jest to Clarence Anderson, który potrafi łapać dalekie podania, jeśli defensywa rywali za bardzo skupi się na powstrzymywaniu akcji biegowych. Z kolei Giants mają Marka Philmore'a, jednego z najlepszych reciverów w historii PLFA. Ja jednak zwróciłbym uwagę na dwóch smarkaczy w tym gronie, zaledwie 19-letnich braci Dziedziców z Wrocławia. Bartosz pełni odpowiedzialną funkcję rozgrywającego, a Tomasz jest jego drugim ulubionym (po Philmorze) celem. To właśnie oni, nieco zapomniani, ale mający ogromny potencjał, mogą stać się niespodziewanie bohaterami finału PLFA. No i czy nie byłoby pięknie, gdyby w tej amerykańskiej grze, gdzie kluczowe role odgrywają importowani ze Stanów gracze, na największej arenie w Polsce, bohaterami zostałoby dwóch tak młodych i uzdolnionych Polaków?

Na koniec wspomnę jeszcze o grze w akcjach powrotnych. Clarence Anderson jest w tym względzie najlepszy w Polsce. Najprawdopodobniej więc Giants poradzą sobie z tym tak, jak Devils w półfinale - będą ekspediować punty w aut i starali się generować touchbacki przy kickoffach.

Moim zdaniem faworytem w tym meczu są Giants, którzy posiadają mimo wszystko szerszy arsenał w ofensywie, jednak jeśli ofensywa Eagles zdominuje czas posiadania piłki, to właśnie stołeczny klub może się cieszyć z mistrzostwa.

Początek meczu w niedzielę 14 lipca o 17:00, transmisja na żywo w TVP Sport już od 16:20. Bilety wciąż można kupić na Eventim.pl oraz w kasie Stadionu Narodowego.

niedziela, 30 czerwca 2013

Nie będzie powtórki z zeszłego roku. W półfinale Gdynia Seahawks przegrali na własnym boisku z Giants Wrocław. W finale PLFA Giants zmierzą się z Warsaw Eagles, którzy wczoraj niepodziewanie pokonali we Wrocławiu tamtejszych Devils.

Giants wyciągnęli wnioski z sezonu zasadniczego, kiedy to przegrali w Gdyni 32:28. Od połowy drugiej kwarty to wrocławianie niepodzielnie dominowali na boisku. Nie do zatrzymania dla obrońców Seahawks był Jamal Schulters, najlepszy chyba running back polskiej ligi.  Młody rozgrywający wrocławian, Bartosz Dziedzic, przez większość meczu jedynie oddawał piłki Schultersowi, ale sam również popisał się kilkoma udanymi akcjami.

Po drugiej stronie kompletnie bezradny był quarterback ekipy z Pomorza, Ferni Garza. Jego reciverzy non stop znajdowali się pod presją, a on sam również nie raz musiał uciekać defensorom Giannts. Lepsze efekty przynosiła gra biegowa, choć kilka akcji Sebastiana Krzysztofka nie wystarczyło na rozpędzonych Giants. O dziwo ofensywa Seahawks najlepiej spisywała sie, kiedy Garza zszedł z boiska i gospodarze zaczęli grać akcje read option.

Na gdynianach zemściła się nieumiejętność wykorzystywania nielicznych błędów rywala. Pod koniec pierwszej połowy przejęli piłkę w red zone rywali po błędzie puntera Giants, jednak nie wykorzystali szansy, by przed przerwą doprowadzić do wyrównania. Z kolei w czwartej kwarcie zły snap Giants niespodziewanie dał jeszcze Seahawks nadzieję, jednak chwilę później tuż przed polem punktowym rywali Jeremy Dixon zgubił piłkę.

Za dwa tygodnie w Warszawie w VIII SuperFinale PLFA zmierzą się Warsaw Eagles z Giants Wrocław, czyli najlepsza defensywa przeciwko najbardziej imponującej ofensywie w lidze. Zapowiada się pasjonujące widowisko. Bilety na mecz można kupić na Eventimie, a transmisję przeprowadzi TVP Sport. Zapraszam!

sobota, 29 czerwca 2013

Drugi rok z rzędu Devils Wrocław swój udział w rozgrywkach Topligi kończą na półfinale. I znowu ich pogromcami okazali się Warsaw Eagles. Tym razem jednak to Devils, którzy mieli najlepszy bilans sezonu zasadniczego w całej lidze, byli faworytami i nie sprostali tej roli.

Od początku było wiadomo, że Devils czeka dużo trudniejsze zadanie niż wydawało się tydzień temu. Oprócz kontuzjowanych reciverów Dawida Tarczyńskiego i Grzegorza Mazura na placu gry ani przez moment nie pojawił się podstawowy running back Xavier Glenn.

Trener Val Gunn postanowił zaryzykować i przesunął do ataku nominalnych obrońców: Krzysztofa Wisa i Austina Smitha. Niestety pomysł wypalił, ale w twarz wrocławian. Żaden z tych zawodników nie odmienił znacząco gry ofensywnej Devils, a ich brak w obronie był bardzo widoczny, gdy przy dwóch pierwszy przyłożeniach dla Eagles z tyłu defensywy wrocławian ziały wielkie dziury, które normalnie łatają ci dwaj gracze. W akcie desperacji Gunn wypuścił Austina Smitha do gry w dwóch formacjach: ofensywnej i defensywnej, co owszem, skutecznie ograniczyło akcje podaniowe gości, ale sprawiło, że zmęczonego Smitha na początku czwartej kwarty zaczęły łapać skurcze. Na pomysł ustawienia Cliffa Perrymana jako slot recivera spuśćmy zasłonę milczenia.

 

Wygrał zespół lepszy w każdym elemencie gry. Goście ze stolicy bardzo mądrze wykorzystywali swoje atuty. Koalicja polskich running backów przez cały mecz konsekwentnie wyrywała małe ilości jardów. Nie było to nic efektownego, krótkie biegi po 4-5 jardów, ale wystarczały do zdobywania kolejnych pierwszych prób, męczyły zdziesiątkowanych Devils i zjadały sporo sekund z zegara meczowego, co było wybitnie nie na rękę wrocławianom, lubiącym szybką ofensywę no-huddle.

Rozgrywający gości, Shane Gizmo, nie wykonał chyba nawet dziesięciu podań w meczu. Jednak dyrygowana przez niego ofensywa zagrała koncertowo, a ogromna w tym zasługa linii ofensywnej, która bardzo rzadko pozwalała Devilsom łapać graczy z piłką przed linią wznowienia akcji.

 

Po drugiej stronie Sedrick Harris dwoił się i troił, ale ze swoich ulubionych celów miał do dyspozycji tylko Krzysztofa Wisa, a większość akcji biegowych musiał rozgrywać sam, bo Austin Smith jako running back się po prostu nie sprawdził. Jednak wysiłki Harrisa brały w łeb, gdyż najczęściej więcej czasu spędzał unikając blitzów rywala, których nie była w stanie wyłapać linia ofensywna, niż na wyszukiwaniu niekrytych partnerów.

Ogromne słowa uznania należą się defensywie Eagles, która pozwoliła Devils zdobyć punkty dopiero, kiedy było już po meczu. Sedrick Harris był w opałach właściwie w każdej akcji, a gospodarze nie zanotowali ani jednej "big play" w ataku (czyli zysku ponad 20 jardów w jednej akcji), co wcześniej było ich znakiem firmowym.

 

Defensywa Devils nie miała odpowiedzi na grę biegową Eagles. Zabrakło lepszej penetracji ze strony linii defensywnej, a jeśli już udało się wyminąć linię ofensywną warszawian, za rzadko wykorzystywali szansę na powalenie rywali na stratę jardów. Obrońcy wrocławian nie pozwalali na żadne duże zyski w jednej akcji, ale mnóstwo krótkich akcji z rzędu było dokładnie tym, o co chodziło gościom. No i karygodnie zaspali przy dwóch pierwszy przyłożeniach dla Eagles, kiedy reciverzy gości mieli tyle miejsca, że chyba nawet ja zdołałbym im podać na touchdown.

Jedyne co wyszło ekipie z Wrocławia to kompletna neutralizacja chyba najlepszego gracza special teams w Polsce, czyli Clarence'a Andersona, który przez cały mecz nie miał ani jednej udanej akcji powrotnej. Ale tym razem nie było to potrzebne.

 

Dla Devils i ich kibiców, w tym niżej podpisanego, ten sezon kończy się rozczarowaniem. Eagles za dwa tygodnie zagrają w SuperFinale na Stadionie Narodowym w Warszawie, czyli można powiedzieć "u siebie". Ich przeciwnikiem będą Giants Wrocław lub Gdynia Seahawks. Te dwie ekipy zmierzą się jutro w drugim półfinale w Gdyni. Trudno tu wskazać faworyta, ale minimalnie większe szanse daję drużynie gospodarzy.

sobota, 08 czerwca 2013

Kto w sobotnie popołudnie nie wybrał sie na wrocławski Stadion Olimpijski na derby Wrocławia niech żałuje. Dziewięć zmian prowadzenia, masa szalonych akcji i walka do ostatnich minut. Do tego football na najwyższym polskim poziomie.

Mecze Devils Wrocław z Giants Wrocław (dawnymi The Crew) mają długą historię i z wyjątkiem 2009 r. dostarczały widzom zawsze mnóstwo emocji. W sobotę nawet aura postanowiła się dopasować i mieliśmy jedne z nielicznych tej wiosny ciepłych, słonecznych chwil.

 

Mecz rozpoczął się jedną z najbardziej niezwykłych sekwencji zdarzeń, jakie miałem okazję kiedykolwiek oglądać na footballowym boisku. Najpierw Giants wygrali rzut monetą i mogli wybierać czy chcą odbierać, czy odkopywać piłkę. Wybrali odkopywanie i już po chwili tego żałowali. Fenomenalną akcją powrotną popisał się Xavier Glenn i Devils prowadzili 6:0. W odpowiedzi Giants zablokowali podwyższenie za jeden punkt, a akcję powrotną na przyłożenie, warte nietypowo dwa punkty, wykonał Deante Battle.

Pierwsza połowa to głównie popisy ofensyw. Nie do zatrzymania był Jamal Schulters, running back Giants, który raz po raz wyrywał się z objąć obrońców Devils i zdobywał kolejne jardy w sytuacjach wydawałoby się niemożliwych. Formacja ataku Devils początkowo próbowała zaskoczyć rywali, praktycznie w ogóle rezygnując z gry podaniowej, grając sporo akcji wildcatem (czyli snapem bezpośrednio do running backa z pominięciem rozgrywającego) oraz wykorzystując jako biegaczy nominalnych defensorów: Clifforda Perrymana i Austina Smitha. Nie szło to jednak najlepiej i wkrótce Diabły wróciły do bardziej tradycyjnych sposobów na zdobywanie jardów, co szło im znacznie lepiej.

Nieco słabiej spisywały się defensywy, zwłaszcza obrona Devils miała spore problemy z zatrzymaniem Schultersa, a kiedy już się udawało, Bartosz Dziedzic znajdował podaniami swoich kolegów z drużyny.

Oba zespoły zdobyły po trzy przyłożenia, jednak Giants schodzili na przerwę prowadząc czterema punktami. Skąd taka różnica? Wszystko sprowadza się do podwyższeń, które Giants wykorzystywali, a Devils nie, łącznie ze wspomnianym podwyższeniem na samym początku meczu, po którym dwa punkty zdobyli nie Devils, a ich rywale.

 

W drugiej połowie zobaczyliśmy zupełnie inny obraz sytuacji. Przede wszystkim na placu gry pojawiła się kompletnie odmieniona obrona Devils, która przez całą drugą połowę pozwoliła rywalom, zdobywającym do tej pory przeszło 45 punktów na mecz, na dołożenie do swojego dorobku jedynie trzech oczek.

Festiwal kuriozalnych sytuacji trwał. Po serii akcji ofensywnych zatrzymani Giants postanowili kopać field goala. Z prawie 50 jardów. Nie ma chyba w Polsce kopacza, który dawałby takiej próbie większe szanse powodzenia. Na domiar złego (dla Giants oczywiście) kopnięcie zostało zablokowane, a po akcji powrotnej kolejne sześć punktów na koncie Diabłów dopisał Austin Smith. Niestety tylko sześć, bo podwyższenie znowu się nie powiodło. Oto jak zdobyć cztery przyłożenia przy trzech przeciwnika i prowadzić jedynie dwoma punktami.

Giants udał się znowu wyjść na prowadzenie po udanym tym razem field goalu z 37 jardów (co jak na polską ligę również jest niezłym wyczynem). Jednak to było wszystko na co stać było tego popołudnia ofensywę Gigantów.

 

Wydaje mi się, że zemściła się na nich powtarzalność. Przez cały mecz najlepsze efekty dawały akcje biegowe Schultersa. Większość szła przez środek, gdzie fenomenalnie torowała mu drogę linia ofensywna Giants. Jednak w drugiej połowie obrońcy Devils szli w ciemno do Schultersa, nie obawiając się specjalnie innych zagrożeń. Zostali co prawda kilka razy skarceni podaniami Dziedzica, ale per saldo skupienie się niemal w całości na Schultersie dało świetne efekty. Oczywiście tak dobrego gracza nie da się całkowicie wyłączyć z gry, ale coraz więcej było akcji zaledwie kilkujardowych lub wręcz na minus.

Właściwie defensywa mogłaby rozstrzygnąć to spotkanie już wcześniej, gdyby nie masa głupich kar, w dużej mierze po gwizdku. To nie pierwszy mecz Devils, w którym kary niesportowego zachowania i uderzenia po akcji niweczą wysiłki całej formacji. Niewątpliwie trener Val Gunn i jego sztab będzie musiał nad tym popracować.

W czwartej kwarcie sprawy w swoje ręce wziął nierówno wcześniej grający Sedrick Harris. Rozgrywający Devils udanie miksował własne akcje biegowe z podaniami i wreszcie wykończył serię własnym biegiem, w którym zdobył przyłożenie, choć wydawało się, że nie ma prawa uciec dobrze ustawionym defensorom Gigantów.  Potem nastąpiło jedyne w tym meczu udane podwyższenie Devils (od razu dwupunktowe) i nominalni goście wyszli na siedmiopunktowe prowadzenie i stało się jasne, że Giants będą potrzebowali przyłożenia, żeby wyrównać.

Do końca meczu pozostały jedynie niespełna cztery minuty i wówczas jeszcze raz na wysokości zadania stanęła obrona Devils. Najpierw Adam Lary przechwycił pod własnym polem punktowym podanie Bartosza Dziedzica (po czym miał fumble w akcji powrotnej, które szczęśliwie wypadło za linię boczną). Devils udało się ukraść kilka sekund i dwa timeouty Giants, ale musieli odkopnąć i dać rywalom jeszcze jedną szansę. Wówczas w jednej z akcji mocno uderzony przez defensorów Patryk Matkowski zgubił piłkę, którą odzyskał Krzysztof Wis i stało się jasne, że Devils tego mecz nie przegrają.

 

Na podkreślenie zasługuje fantastyczna atmosfera na trybunach. 1200 kibiców obu drużyn siedziało koło siebie i bawił się znakomicie, bez szpalerów ochrony, płotów oddzielających i innych tego typu urządzeń znanych z meczów piłki nożnej. Fani obu ekip zasługują na najwyższe słowa uznania.

 

Wynik meczu oznacza, że jeśli Devils wygrają oba mecze, które zostały im do końca sezonu, zajmą pierwsze miejsce w grupie południowej i w półfinale zagrają na własnym boisku. Giants muszą liczyć na potknięcie lokalnych rywali, o co chyba najłatwiej będzie w ostatniej kolejce, gdy Devils jadą do Warszawy na mecz z Eagles. Dwa zwycięstwa Devils będą oznaczały drugie miejsce dla Giants i wyjazdowy półfinał, najprawdopodobniej w Gdyni.

 

Zapraszam na profil NFL Blog.pl na Facebooku, gdzie możecie obejrzeć galerię zdjęć z tego meczu autorstwa mojej żony Kasi.

czwartek, 06 czerwca 2013

W ostatni weekend odbyły się derby Warszawy. Jak było do przewidzenia Eagles wprost zmietli Spartans, zdecydowanie najsłabszą drużynę Topligi, wygrywając 71:0. I właściwie na tym można by było zakończyć pisanie o tym meczu, gdyby nie akcja powrotna Clarence’a Andersona przy jednym z puntów Spartans (tutaj możesz przeczytać więcej na temat puntów).

 

Akcja niewątpliwie bardzo efektowna, choć najpierw Anderson źle się ustawił, potem bardzo ryzykownie podniósł toczącą się po ziemi piłkę (większość trenerów kazałoby ją zostawić w spokoju, za duże ryzyko fumble), a na koniec special teams Spartans… nie popisały się i na takim stwierdzeniu poprzestańmy.

Niemniej jednak akcja Andersona zaczęła błyskawicznie robić karierę. Najpierw zainteresował się nią serwis Deadspin, który zajmuje się sportem, ale od nieco bardziej ciekawostkowo-humorystycznej strony, niemniej jednak znajduje się wśród tysiąca najchętniej odwiedzanych stron w USA (podaję za porównywarką Alexa). Stamtąd filmik trafił do ESPN America, kanału dość niszowego i skierowanego raczej do widzów poza USA.  Jednak podchwycili go też redaktorzy „starszego brata” czyli klasycznego ESPN, najpopularniejszej sportowej stacji w Stanach. Akcja trafiła do Top 10 w Sports Center, programie, który Mark Philmore z Giants Wrocław nazywa „najpopularniejszym programem sportowym w USA”.

Stamtąd rozprzestrzenia się coraz szybciej. Widziałem ją już na profilu NFL Memes, który może się pochwalić niemal 0,5 mln. fanów na Facebooku, a dziś rano zaskoczyła mnie na głównej stronie NFL.com.

Takiej promocji PLFA nie miało jeszcze nigdy. Dzięki tej akcji wielu Amerykanów ze zdziwieniem usłyszało, że w Polsce w ogóle gra się w football amerykański. Mam jednak nadzieję, że kolejne „big plays”, które staną się hitem internetu nie będą wiązały się z tak słabą grą w obronie i meczem, który kończy się tak druzgoczącym zwycięstwem jednej strony.

Zapraszam do polubienia fanpejdża (fanpage’a?) bloga na Facebooku. Co prawda nie mam jeszcze 0,5 mln. fanów, ale przebiliśmy już pięćdziesiątkę. Pozdrawiam zawodników z różnych polskich klubów, którzy „zlajkowali” blog, ale informuję, że niezmiennie pozostaję kibicem Devils ;)

 

ZOBACZ TEŻ:

Special teams, czyli kickoffy, punty i field goale



wtorek, 04 czerwca 2013

We Wrocławiu ruszyło głosowanie na projekty w ramach pierwszego w naszym pięknym mieście budżetu obywatelskiego. Czemu o tym piszę? Ano dlatego, że pod numerem 88 znajduje się punkt mówiący o "Przystosowaniu obiektu sportowego do potrzeb futbolu amerykańskiego oraz rozgrywania meczów rugby, ultimate frisbee, lacrosse i piłki nożnej. Lokalizacja: Stadion MOSiR ul. Lotnicza 72.".

Oba wrocławskie zespoły footballowe, należą do ścisłej czołówki w tej dyscyplinie w naszym kraju. Z reguły grają na przepięknie położonym, ale kiepsko skomunikowanym Stadionie Olimpijskim, na którym nawet od tego sezonu dorobiliśmy się prawdziwych bramek do footballu amerykańskiego. Niestety zdarza się, że jest on zajęty na inne imprezy i wówczas Devils i Giants muszą przenieść się na boisko przy ul. Sztabowej, gdzie mają znacznie gorsze warunki. Tak jak podczas hitowego spotkania Devils z mistrzami Polski z Gdyni, które nie mogło się odbyć na Olimpijskim, bo swoją zamkniętą imprezę mieli tam harleyowcy.

Stadion przeznaczony do remontu znajduje się na zachodzie miasta między Obwodnicą Śródmiejską i Autostradową Obwodnicą Wrocławia, opodal przystanków tramwajowych i autobusowych, czyli jest znakomicie skomunikowany. Kwota, którą trzeba przeznaczyć na remont to zaledwie 0,5 mln PLN, a służyć będzie przedstawicielom wielu niszowych, ale prężnie rozwijających się dyscyplin. Dzięki temu nie będzie stał wiecznie pusty, jak położony nieopodal inny stadion, na który wyłożono 2000 razy więcej, a służy tylko przepłacanym kopaczom.

Więcej o budżecie obywatelskim znajdziecie tutaj, a głosować można tutaj. Pula pieniędzy wynosi 2 mln PLN, a zrealizowanych zostanie pięć projektów, które zbiorą najwięcej głosów. Podobno do głosowania uprawnieni są tylko mieszkańcy Wrocławia, ale nie wiem jak system będzie weryfikował, czy dany PESEL jest z Wrocławia. Więc jeśli zawodnikom z innych miast zależy na graniu we Wrocławiu w komfortowych warunkach, również mogą spróbować zagłosować ;) Przypominam, projekt nr 88.

czwartek, 16 maja 2013

Fakty są następujące: w sobotę 11 maja do Poznania na mecz z miejscowymi Kozłami przyjechali Zagłębie Steelers. W trzeciej kwarcie przy wyniku 39:7 dla gospodarzy po gigantycznej awanturze i wyzwiskach, zwłaszcza ze strony trenera gości Jasona Blasko, skierowanych pod adresem sędziów, trener Steelers kazał zejść swoim graczom z boiska. Sędziowie nie mieli innego wyjścia niż odgwizdać koniec meczu.

Tu kończą się fakty i zaczynają domysły. Steelers po meczu twierdzili, że zostali oszukani przez sędziów, którzy dopuszczali do niezgodnej z przepisami gry, a ich decyzja podyktowana była obawą o zdrowie zawodników.

Nie poddaliśmy tego meczu, tylko obawialiśmy się o zdrowie zawodników. To, co działo się na boisku nie miało nic wspólnego z futbolem. Sędziowie w ogóle nie reagowali na boiskowe wydarzenia. Jeśli od początku meczu sędziowie są niewidomi, to rywale grają jak chcą. W pewnym momencie przegrywaliśmy 25:7, choć powinniśmy prowadzić 16:14. W końcu nerwy puściły trenerowi Jasonowi Blasko oraz samym zawodnikom. To nie było sędziowanie, tylko przegięcie – mówił po meczu Szymon Widera, prezes Steelers (cytuję za quarterback.pl).

Z tym stanowiskiem nie zgadzają się Kozły, którzy na facebookowym profilu drużyny opublikowali oświadczenie, w  którym czytamy m.in.: „[…] mecz był prowadzony przez sędziów na zasadach fair play i naszym zdaniem prawidłowo. Drobne pomyłki na niekorzyść obu stron, których nie ustrzegli się sędziowie, zdarzają się w każdym meczu futbolu amerykańskiego. Obie drużyny grały twardo i zdecydowanie, jednak zgodnie z przepisami. Podnoszonego przez Zarząd Steelers, w wypowiedziach pomeczowych, zagrożenia dla zdrowia i życia zawodników nie dostrzegliśmy. […] Przed zaistniałą sytuacją, miały także miejsce zdarzenia, które potępiamy i których nie jesteśmy w stanie zaakceptować. Kopanie znaczników yardów, lżenie i grożenie sędziom, agresywne oraz niesportowe zachowania HC Jasona Blasko, widoczne także przez kibiców, nie powinny mieć miejsca. […]”

Poznańska drużyna przeprosiła również kibiców i obiecała wszystkim, którzy kupili bilet na mecz ze Steelers, że wejdą za darmo na mecz z Devils Wrocław 19 maja.

Liga obiecała, że przyjrzy się całej sytuacji. Prezes PLFA Jędrzej Stęszewski na oficjalnej stronie ligi zapowiadał: „Zapis wideo z meczu zostanie wnikliwie przeanalizowany przez zarząd Wydziału Sędziowskiego. Czekamy na raporty sędziów, ale także na oświadczenie zarządu klubu Kozły Poznań. Na podstawie tych materiałów zostaną wyciągnięte stosowne konsekwencje dyscyplinarne”.

Dziś (tj. w czwartek) na Facebooku swoje oświadczenie opublikował Wydział Sędziowski PZFA. Jest ono dość długie, więc nie będę go cytował (zainteresowanych odsyłam do podlinkowanego źródła), ale sędziowie zażądali ukarania prezesa i trenera Steelers oraz WR-a tej drużyny Mariusza Ostapowicza. Jednocześnie zapowiadają, że jeśli ci trzej panowie pojawią się na boisku w najbliższym meczu z Gdynia Seahawks to sędziowie nie przyjadą na to spotkanie. Odmówią również wyjścia na boisko, jeśli nie zostanie im zapewniona ochrona. Oświadczenie jest bardzo ostre, szkoda tylko, że sędziowie sami ujęli sobie wiarygodności, nazywając klub z pomorskiego „Pomorze Seahawks” (podczas gdy od 2011 używają oni nazwy Gdynia Seahawks), a Mariusza Ostapowicza przemianowali na Mateusza.

Niestety nie byłem w stanie odnaleźć nagrań z tego meczu w sieci (jeśli ktoś wie, gdzie można je znaleźć proszę podrzucić je w komentarzach lub na Facebooka), więc nie jestem w stanie zweryfikować prawdziwości zarzutów Steelers co do pracy sędziów. Jednak uczestnicy meczu niezwiązani ze Steelers zgodnie podkreślają karygodne zachowanie osób związanych z klubem z Zagłębia. Jeśli sędziowanie naprawdę było tak słabe, że zagrażało bezpieczeństwu zawodników, należało po prostu odmówić dalszej gry i zgłosić protest do PLFA poparty konkretnymi dowodami w postaci nagrania video (mam nadzieję, że ono w ogóle istnieje). Wywoływanie awantury łącznie z (podobno) groźbami karalnymi wobec sędziów powinno spotkać się ze zdecydowaną reakcją ligi, niezależnie od tego czy takie zachowanie było uzasadnione czy też nie.

Sam jestem sędzią, choć sędziuję inną dyscyplinę sportu (koszykówka). Wierzcie mi, żaden sędzia nie narazi świadomie zdrowia zawodników na niebezpieczeństwo. Błędy zdarzają się i zdarzać się będą, zwłaszcza że nasi sędziowie nie mają możliwości technicznych, jakie posiadają arbitrzy zza oceanu. Wiem też jednak, że to, co widzi sędzia (a co często potwierdza dobrze ustawiona kamera) często różni się od tego co zza linii bocznej widzi trener, który znajduje się dalej od akcji i patrzy pod innym kątem.

 

Mam nadzieję, że PLFA szybko wyda werdykt i następną kolejkę będzie można rozegrać bez przeszkód. Wierzę również, że udostępnione zostanie nagranie z sobotniego meczu, na którym każdy zainteresowany będzie mógł się przekonać czy sędziowie faktycznie popełnili błędy oraz czy zachowanie Steelers faktycznie tak bardzo wykroczyło poza ogólnie przyjmowane normy przyzwoitości. Oby football w Polsce wyszedł z tego zamieszania jeszcze silniejszy.

Czego z całego serca życzę całemu środowisku.

niedziela, 12 maja 2013

Weekendowa kolejka była jedną z najważniejszych dla końcowego układu tabeli. Dwie najlepsze drużyny z dywizji północnej przyjechały do Wrocławia i obie wróciły do domów bez punktów. W sobotę Giants Wrocław wygrali z Warsaw Eagles 9:7. Meczu nie widziałem, więc nie będę zbyt dużo na jego temat pisał. Po wyniku widać jednak, że był to mecz bardzo defensywny, co nie jest niczym dziwnym, biorąc pod uwagę obfity deszcz, który padał we Wrocławiu z małymi przerwami od piątkowego popołudnia.

W niedzielę mistrzowie Polski, niepokonani od 15 spotkań Gdynia Seahawks przyjechali na mecz z Devils Wrocław, którym porażka bardzo utrudniłaby walkę o pierwsze miejsce na południu. Pogoda nieco się poprawiła, ale przez całe niedzielne przedpołudnie, aż do końca pierwszej połowy, siąpiła mżawka, przechodząca momentami w lekki deszcz. Była to okoliczność niewątpliwie korzystna dla gospodarzy, którzy częściej grają biegiem. Kiepskie warunki pogodowe poważnie utrudniały grę podaniową, w której celuje rozgrywający gdynian, Ferni Garza. Na domiar złego na samym początku kontuzji doznał Sebastian Krzysztofek, podstawowy running back Seahawks, którzy przez niemal cały mecz zmuszeni byli do korzystania z usług Gawła Pilachowskiego, który jest raczej fullbackiem.

 

Pierwsza połowa to koncert gry defensywnej Devils. Garza i jego ofensywa byli bezradni. Nawet kiedy udawało im się dotrzeć w okolice 20 jarda wrocławian napotykali na szczelną zaporę defensywy. Najwyraźniej nie ufali swojemu kickerowi przy kiepskiej pogodzie, bo uporczywie próbowali grać czwarte próby i tracili w nich piłkę. Wrocławianie dwukrotnie przechwycili również podania Garzy.

Jedyne punkty w pierwszej połowie gospodarze stracili po dwóch głupich błędach special teams. Najpierw po złym snapie punter Devils musiał wracać aż do własnego pola punktowego po piłkę. Osaczony przez przeciwników powinien się po prostu położyć i wziąć safety (stracone dwa punkty i odkopnięcie bez przeszkód ze strony przeciwnika). Tymczasem usiłował uciekać i Seahawks przejęli piłkę na 1 jard od pola punktowego gospodarzy i już w następnej akcji zdobyli sześć punktów za przyłożenie, do której zaraz dołożyli siódmy z podwyższenia.

Special teams w ogóle grały bardzo nierówno. Nie pozwolili na długie akcje powrotne gości, ale punty pozostawiały wiele do życzenia. Dwa razy pozwolili Seahawks zablokować podwyższenie za jeden punkt, ale zrehabilitowali się świetną akcją zmyłkową w drugim podwyższeniu, kiedy zdobyli dwa punkty oraz zmyłkowym puntem, który dał pierwszą próbę, w konsekwencji której wrocławianie kilka akcji później cieszyli się z trzeciego przyłożenia.

Seahawks przesuwali się do przodu seriami kilku-kilkunastojardowych akcji. Wrocławianie głównie efektownymi "big plays". Już w pierwszej kwarcie defensywa Seahawks została dosłownie zmieciona dwa razy tą samą prostą akcją: Sedrick Harris podał krótko na lewe skrzydło za linię wznowienia akcji, a Grzegorz Mazur niemal nie niepokojony pędził ku polu punktowemu gości. Za pierwszym razem obrońcy zdążyli go jeszcze dogonić na 1 jard od pola punktowego (i tak skończyło się to przyłożeniem w następnej akcji), za drugim razem Mazur spokojnie zdobył przyłożenie.

Po pierwszej połowie wrocławianie prowadzili 21:7. Na drugą połowę Seahawks wyszli zmotywowani, mogła też im pomóc poprawa pogody. Tak czy inaczej Ferni Garza wreszcie zaczął grać jak najlepszy pocket passer w Polsce. Zwłaszcza trzeci touchdown Seahawks w meczu był palce lizać. Jednym zwodem Garza wywiódł w pole pół obrony Devils, a potem spokojnie podał do niekrytego Marcina Blumy, który miał przed sobą tylko puste pole punktowe Devils.

Kluczowe okazały się dwie akcje. Najpierw obrońcy Devils (zdaje się, że był to Adam Lary, ale nie pamiętam na pewno) po raz trzeci przechwycili podanie Garzy i to we własnym polu punktowym, gdy Seahawks byli o krok od przyłożenia i zbliżania się na jedno posiadanie. Z kolei w końcówce czwartej kwarty Seahawks zdobyli przyłożenie i wobec dziewięciopunktowej straty usiłowali zaliczyć podwyższenie za dwa, jednak obrona Devils świetnie zatrzymała Pilachowskiego.

 

Najlepszym graczem meczu był moim zdaniem Grzegorz Mazur, który zdobył dwa przyłożenia, a do trzeciego zabrakło mu zaledwie jarda. Przy drugim przyłożeniu wydawało się, że Paweł Probierz zdoła go powalić (możecie to zobaczyć w galerii na profilu facebookowym bloga, zdjęcia nr 40 i 41), ale Mazur wyrwał się i zdobył punkty, które znów pozwoliły odskoczyć na odległość dwóch przyłożeń.

Na wyróżnienie zasługuje także linia defensywna Devils, która kilka razy wywarła presję na Garzę (jeden sack), ale przede wszystkim przez większość meczu skutecznie ograniczała grę biegową gdynian. Nieco słabiej spisała się secondary, która co prawda trzy razy przechwyciła podania Garzy, ale też kilka razy paskudnie zgubiła reciverów i sporej dozie szczęścia zawdzięczają, że te błędy nie zmieniły się w kolejne przyłożenia gości. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że "nieco słabiej" to i tak nieźle i reciverzy Seahawks nie mieli łatwego życia.

 

Sytuacja Devils jest jasna. Wygrana 8 czerwca w rewanżu z Giants więcej niż 10 punktami daje im pewne pierwsze miejsce w dywizji południowej. Niższa wygrana sprawia, że Devils będą musieli jeszcze wygrać na wyjeździe z Warsaw Eagles. Porażka z Giants skazuje ich na drugie miejsce i wyjazd do Gdyni na mecz półfinałowy z Seahawks.

 

Ogromne podziękowania dla mojej żony Kasi, która nie tylko poszła ze mną na stadion mimo niesprzyjającej aury, ale zdołała utrzymać jednocześnie parasol i aparat, robiąc zdjęcia które możecie oglądać w tej notce i w galerii na fanpage'u bloga. Zapraszam do oglądania, lajkowania i udostępniania. Proszę tylko nie kopiować ich bez mojej zgody. Jeśli ktoś chciałby otrzymać je w lepszej rozdzielczości proszę o kontakt przez Facebooka.

 
1 , 2