NCAA

wtorek, 08 stycznia 2013

Trzeci tytuł mistrzowski w ciągu czterech lat. Drugi z rzędu po raz pierwszy odkąd istnieje BCS (czyli od 1999 r.). Siódmy tytuł z rzędu dla konferencji SEC.

Tegoroczne osiągniecie Alabamy jest wyjątkowe pod wieloma względami. Poza jednym. Znów byli absolutnie bezkonkurencyjni w najważniejszym meczu sezonu. W zeszłym roku nie pozwolili LSU na zdobycie nawet jednego punktu. W tym Notre Dame po raz pierwszy dotarła do pola punktowego Alabamy, gdy było już po wszystkim.

Do przerwy było 28:0. Skończyło się na 42:14. Eddie Lacy przebiegł 140 jardów, zdobył dwa przyłożenia (jedno biegowe, jedno po złapanym podaniu) i został MVP spotkania. A.J. McCarron podał na 264 jardy i 4 TD. Linebacker Notre Dame i finalista Nagrody Heismana, Manti Te’o mógł tylko bezradnie patrzeć, jak ofensywa Alabamy zmiata z powierzchni ziemi jego defensywę, która pozwoliła rywalom na zdobycie najmniejszej ilości punktów w całej FBS (najwyższej dywizji footballu akademickiego).

Ekipa Notre Dame, do tej pory niepokonana, została zdominowana absolutnie w każdym elemencie gry. Ich akcje biegowe przynosiły niespełna dwa jardy na próbę, w sumie 32  w całym meczu. Defensywa została zmieciona przez potężną linię ofensywną Szkarłatnego Przypływu. W połowie czwartej kwart było już 35:0. To oznaczało, że Alabama w trzech swoich ostatnich meczach o mistrzostwo NCAA zdobyła 69 punktów bez odpowiedzi rywala i nie pozwoliła przeciwnikom na zdobycie jakichkolwiek punktów przez 110 minut. Niemal pełne dwa mecze! W spotkaniach dwóch najlepszych akademickich ekip z kraju!

Ugruntowali też dominację konferencji SEC. Alabama, Floryda z Timem Tebow i Auburn z Camem Newtonem wzięły siedem ostatnich tytułów mistrza kraju. Całą reszta Stanów ma tego dość, ale nie jest w stanie zagrozić konferencji południowo-wschodniej.

Alabama straci cześć swojej mistrzowskiej ekipy. Do NFL na pewno trafi Lacy i kilku czwartoroczniaków z linii ofensywnej. Być może też część obrony. Ale po zeszłorocznym mistrzostwie, Alabama wysłała do NFL aż ośmiu zawodników, z czego czterech wzięto w  pierwszej rundzie draftu. A mimo to powtórzyli swój sukces. W przyszłym roku tez mają na to spore szanse.

Kto może im pokrzyżować plany? Pewnie Johnny Manziel, który raz ich już pokonał. Zdobywca nagrody Heismanna z Texas A&M poprowadził swoją uczelnię do pewnego zwycięstwa w Cotton Bowl nad Oklahomą State. Manziel zanotował statystyki jak z innej planety: 287 jardów i 2 TD podaniami, 229 jardów i 2 TD biegiem. A przypominam, że to był dopiero jego pierwszy rok w akademickim footballu.

Z innych ciekawych Bowls, #3 Foryda niespodziewanie uległa #21 Louisville 33:23 w Sugar Bowl, a #4 Oregon nadspodziewanie łatwo rozprawił się z #5 Kansas State, wygrywając Fiesta Bowl 35:17.

niedziela, 18 listopada 2012

Dziennikarze zajmujący się footballem uniwersyteckim zawsze powtarzają, że najważniejsze rozstrzygnięcia na tym poziomie zapadają w listopadzie. To właśnie wtedy zaczyna odzywać się zmęczenie, kontuzje i inne problemy, które odsiewają tych najlepszych.

 

Ledwie tydzień temu Alabama sensacyjnie przegrała swój pierwszy mecz w tym sezonie i wypadła, wydawałoby się na stałe, z wyścigu o udział w drugim z rzędu meczu o mistrzostwo NCAA. Jednak w sobotę dwie ekipy, które w rankingu BCS były na dwóch pierwszych meczach, zanotowały sensacyjne porażki.

#1 Kansas State przegrało ze słabiutkim w tym roku Baylor. Niedźwiedzie straciły Roberta Griffina III, który od tego sezonu zachwyca kibiców NFL w Waszyngtonie. W tym roku mieli bilans 4-5, w tym 1-5 w meczach przeciwko rywalom z własnej konferencji. Tymczasem Baylor nie dość że grało w ofensywie niczym za czasów RG3, zdobywając 52 punkty, to jeszcze zdołali ograniczyć poczynania QB Kansas State, Colina Kleina, który przed meczem uznawany był za głównego kandydata do Nagrody Heismana. Klein zdołał co prawda podać na 286 jardów, ale skuteczność jego podań wyniosła zaledwie 54%, do tego dołożył aż trzy straty.

#2 Oregon i jego niesamowita ofensywa zostały zupełnie zdławione przez #13 Stanford. Ekipa z Kalifornii zagrała chyba najlepszy defensywny mecz w tym sezonie, zatrzymując Oregon na poziomie 14 punktów. Do wyłonienia zwycięzcy był potrzebna dogrywka, w której najpierw Oregon przestrzelił field goala, a potem nie potrafił odzyskać fumble, które zgubili goście z Uniwersytetu Stanforda.

Kansas State i Oregon najprawdopodobniej spadną na miejsca 3 i 4 w rankingu BCS (opublikowany zostanie w niedzielę wieczorem amerykańskiego czasu), choć niewykluczone, że zagrożą im następujące im na pięty ekipa z dalszych pozycji - Floryda, Georgia i LSU. Na pierwsze miejsce na pewno wskoczy wciąż niepokonana ekipa Notre Dame. Będzie to jej pierwsze w historii prowadzenie odkąd istnieje BCS i pierwsze od roku 1993, kiedy to najlepszą ekipę wyłaniano w głosowaniu Associated Press. Na drugie miejsce zapewne wskoczy Alabama, która pewnie wygrała z outsiderem z West Carolina.

 

Przed nami ostatnia kolejka sezonu zasadniczego, a potem finały tych konferencji, w których są mecze finałowe. Za dwa tygodnie będziemy już wiedzieli, które ekipy zagrają o tytuł mistrzowski, a które będą się musiały zadowolić udziałem w mniej prestiżowych Bowls. na razie wszystko wskazuje na to, że będą to Notre Dame i Alabama, ale ta pierwsza ekipa ma przed sobą jeszcze trudny wyjazd do USC, a Alabama mecz o mistrzostwo konferencji SEC, w którym najprawdopodobniej zmierzą się z niezwykle groźną Georgią.

niedziela, 04 listopada 2012


W Luizjanie ponad 93 tys. kibiców na stadionie LSU (Louisiana State University) zamarło w niedowierzaniu. Rozgrywający gości z Uniwersytetu Alabama, A.J. McCarron, usiadł na ławce i zakrył twarz. Nie mógł patrzeć na to, co dzieje się na boisku. Jeszcze chwilę temu wydawało się, że LSU zafunduje Alabamie pierwszą w tym sezonie porażkę i zakończy marzenia gości o drugim z rzędu mistrzostwie kraju. Ale McCarron, który tego dnia był w katastrofalnej formie, w ostatniej minucie dokonał niemożliwego: zmontował serię ofensywną, dzięki której Alabama przemaszerowała 72 jardy do pola punktowego LSU w minutę, obejmując 4-punktowe prowadzenie. Ale do końca pozostawało jeszcze 45 sekund, a na murawę wchodziła ofensywa LSU, na czele z rozgrywającym najlepszy mecz w życiu QB Zachem Mettenbergerem...

 

Spotkania footballowe Alabamy i LSU mają długą tradycję. Obie ekipy footballowe tradycyjnie należą do czołówki konferencji SEC,  do tego grają razem w dywizji SEC West, co oznacza, że spotykają się co roku. I tak zażarta rywalizacja nabrała jeszcze większych rumieńców po zeszłorocznym meczu o krajowe mistrzostwo, w którym Alabama upokorzyła LSU, wygrywając 21:0 i pozwalając ofensywie Tygrysów z Luizjany na przejście zaledwie 92 jardów w całym meczu.

W tym roku Alabama pędziła od zwycięstwa do zwycięstwa, wygrywając wszystkie mecze różnicą co najmniej 19 punktów i przegrywając w ośmiu meczach w sumie przez... 15 sekund. LSU miało już na koncie jedną porażkę z Florydą, ale to wciąż była mocna ekipa. Właściwie ich jedynym słabym punktem był rozgrywający, bo Zach Mettenberger nie stawał na wysokości zadania.  Co innego A.J. McCarron, który w ośmiu meczach zaliczył 18 TD i 0 (słownie: zero) INT i stał się kandydatem do Nagrody Heismana. W tej sytuacji Alabama była zdecydowanym faworytem, ale mecz miał się odbyć na gorącym terenie w Luizjanie, więc wielu fachowców upatrywało w tym meczu ostatniej szansy Alabamy na porażkę przed ewentualnym finałem SEC.

Mecz transmitowany w prime timie (20.00 ET) w ogólnodostępnej CBS mogła śledzić cała Ameryka. A autor bloga postanowił zarwać noc i zamiast w ciepłym łóżku spędzić ją w towarzystwie obu uniwersyteckich ekip...

 

Muszę powiedzieć, że mecz był najbardziej emocjonującym spotkaniem footballowym, jakie oglądałem w życiu. Na pewno nie najlepszym, za dużo prostych błędów popełniły obie strony, by zasłużyć na to miano. Niemniej jednak spotkanie miało wszystko: kapitalny występ zawodzącego wcześniej gracza, kontrowersyjne (ale poprawne) decyzje sędziów, bohatera, który zawodził, by w ostatniej chwili wzbić się na wyżyny, efektowne akcje w ataku i obronie, błędy formacji specjalnych, pomyłki trenerów.

Od początku to LSU było stroną przeważającą, bez wysiłku docierali mniej więcej na 35 jard od pola punktowego Alabamy, ale tam się coś zacinało. W pierwszej połowie gospodarze zdobyli tylko trzy punkty. Goście męczyli się strasznie, McCarron miał chyba najgorszy dzień w swoim życiu, pudłował nawet proste, otwarte podania. Jednak gra biegowa dała gościom dwa przyłożenia i prowadzenie do przerwy 14:3.

W drugiej połowie ofensywa Alabamy została kompletnie zdławiona. Przez 28 minut McCarron zdołał podać udanie tylko raz na siedem prób, a jego jedyne celne podanie dotarło tylko do linii wznowienia akcji. Tymczasem Mettenberger grał, jakby nie był słabym, mocno krytykowanym rozgrywającym, tylko kandydatem do Heismana. Wychodziło mu absolutnie wszystko i w czwartej kwarcie wyprowadził drużynę na prowadzenie 17:14.

Jednak na dwie minuty przed końcem McCarron z kolegami jeszcze raz wyszedł na murawę i zmontował serię ofensywną, której nie powstydziłby się Tom Brady. Trzy szybkie podania i w niecałą minutę zawędrowali z własnego 35 jarda na 28 jard rywali. Wówczas LSU postanowiło zaatakować McCarona dodatkowym obrońcą (tzw. blitz). Ten przejrzał to perfekcyjnie i rzucił krótkie podanie do RB T.J. Yeldona (screen pass). Ten uniknął dwóch obrońców i wbiegł do pola punktowego. Nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Kibice LSU chyba też, bo na stadionie słychać było tylko garstkę fanów Alabamy. Ostatnie rozpaczliwe próby Mettenbergera skończyły się sackiem i McCarron ze łzami w oczach rzucił się w ramiona ojca, który oglądał mecz w pierwszym rzędzie trybun.

Ogromny wkład w sukces Alabamy miał... trener LSU Les Miles. W pierwszej połowie zaordynował dwa field goale. Przy pierwszym jego ekipa próbowała zwieść rywali i zdobyć pierwszą próbę biegiem - nie udało się. Drugi, z ponad 50 jardów był nieudany i pozwolił Alabami na zdobycie drugiego przyłożenia w pierwszej połowie. W drugiej połowie wymyślił nieudany onside kick oraz postanowił nie wykonywać field goala przy czwartej próbie na połowie Alabamy, jednak próbę zdobycia pierwszej próby zatrzymała obrona gości.

 

Zwycięstwo Alabamy chyba rozstrzygnęło kwestię zwycięzcy SEC West. "Szkarłatny Przypływ" za tydzień gra z Texasem A&M i to jedyne spotkanie, w którym mogą mieć jakikolwiek kłopot. W finale SEC spotkają się zapewne z Florydą albo Georgią. Zwycięzca tego meczu zagra zapewne o mistrzostwo kraju.

Dla LSU to już koniec sezonu, przynajmniej jeśli chodzi o walkę o najwyższe cele. Zapewne zagrają w którymś z kończących sezon meczów o jakiś puchar, których w Stanach jest ponad dwadzieścia, ale będzie to któryś z mniej prestiżowych.

piątek, 19 października 2012

Poprzedni weekend był ósmym w tym sezonie, podczas którego grała NCAA – amerykańska liga uniwersytecka. Oczywiście mówimy o jej footbolowej części, bo cała NCAA prowadzi rozgrywki w kilkudziesięciu dyscyplinach, które siłą rzeczy mają odmienne kalendarze.

Ale wróćmy do footballu, a zwłaszcza FBS (Football Bowl Subdivision, czasem nazywana też Division I), czyli elity najlepszych footballowych uczelni w USA. Półmetek sezonu to czas, kiedy swój pierwszy ranking publikuje BCS (Bowl Championship Series), czyli organizacja odpowiedzialna za organizację najbardziej prestiżowych Bowls (meczy o jakiś puchar kończących sezon), w tym meczu o akademickie mistrzostwo USA między dwoma najlepszymi w minionym roku uczelniami w kraju.

 

Aby zrozumieć czym są Bowls i ranking BCS musimy sięgnąć do systemu rozgrywek NCAA w footballu. W USA są setki uczelni mających swoje drużyny. Najsilniejsze zebrane są w FBS. Ale i samo FBS podzielone jest na 11 konferencji liczących sobie 7-14 drużyn. Podziały wynikają najczęściej z kwestii geograficznych, ale pewne znaczenie mają też kwestie historyczne. Do tego dochodzą uczelnie niezrzeszone w konferencjach, ale będące członkami FBS (np. Notre Dame czy szkoły oficerskie US Army i US Navy).

Każda konferencja niezależnie wyłania swojego mistrza. Niektóre mają play-offy, niektóre nie. Niektóre mają wewnętrzny podział na dwie dywizje, inne nie. Do tego w USA żywa jest tradycja Bowls, czyli kończących sezon meczów o taki czy inny puchar, których jest cała masa. Oczywiście jedne są bardziej prestiżowe i zapraszają lepsze drużyny, inne są mniej ważne i grają w nich średniacy.

Najbardziej prestiżowych jest pięć meczy organizowanych przez BCS, w których z reguły grają mistrzowie i wicemistrzowie poszczególnych konferencji. A absolutnie najbardziej prestiżowym jest BCS Championship Game, w której spotykają się dwie najlepsze akademickie ekipy w kraju.

 

Przez lata zespoły akademickie rywalizowały cały sezon, a  tytuł najlepszej przyznawano w głosowaniu. Najpierw głosowali trenerzy, potem eksperci. Od powstania BCS o kolejności w rankingu decyduje specjalny ranking. Jest on tak cholernie skomplikowany, że mało kto w uniwersyteckim footballu go rozumie, ale wyjaśnię pokrótce jakie kryteria bierze pod uwagę. Pierwszym jest głosowanie trenerów. Drugim jest głosowanie ekspertów. Oczywiście te dwa pierwsze biorą pod uwagę wskaźnik zwycięstw i porażek. Trzecim, ustalanym przez komputer jest „trudność kalendarza”. Nie pytajcie mnie jak dokładnie liczy się ten współczynnik. Ogólnie mówiąc im trudniejsi przeciwnicy, tym wyższa wartość tego wskaźnika i szansa na wyższe miejsce w rankingu.

To ostatnie kryterium ma uatrakcyjnić rozgrywki. Każda ekipa z NCAA gra po 12 meczy w sezonie zasadniczym. Jednak najczęściej przeciwników w konferencji/dywizji jest za mało, żeby tyle meczy zagrać. Drużyny ustalają więc kalendarz pozostałych meczy między sobą (ten proces też nie do końca ogarniam). Wskaźnik „trudności kalendarza” ma mobilizować ekipy, by dobierały sobie trudniejszych przeciwników i produkować więcej ciekawych spotkań.

 

Pierwszy raz w sezonie ranking BCS publikowany jest właśnie po ósmym tygodniu rozgrywek, kiedy wszystkie ekipy mają sześć rozegranych meczy. W sumie jest 16 kolejek, każdy zespół ma cztery kolejki wolne (przypomnę, w NFL 17 kolejek, tylko jedna wolna). W zeszłym roku sytuacja była absolutnie wyjątkowa. W BCS Championship Game zmierzyły się Alabama (#2) i LSU(#1). Wyjątkowość polegała na tym, że obie te uczelnie wywodzą się nie tylko z jednej konferencji, ale nawet z jednej dywizji. Alabama przegrała w sezonie zasadniczym i przez to nie wzięła udziału w finale konferencji SEC (wygrało go LSU). Jednak w rankingu obie te ekipy uznano za najlepsze, więc zmierzyły się w niewiarygodnym finale, w którym genialna obrona Alabamy nie pozwoliła rywalom przez trzy kwarty wyjść z własnej połowy. Ostatecznie Alabama wygrała 21:0.

Obecnie w NFL gra kilku zawodników mistrzowskiej ekipy, ale nie spowolniło to Alabamy, która w rankingu BCS jest na pierwszym miejscu. Prowadzi ją jak zwykle świetna obrona, która pozwala rywalom na zdobycie najmniejszej ilości punktów ze wszystkich ekip w FBS. Ważnym ogniwem jest też grupa running backów i QB A.J. McCarron, który świetną grą stał się jednym z kandydatów do Nagrody Heismana. Trzecioroczniak w sześciu meczach zanotował 12 TD i żadnego (!) INT. Uczciwie trzeba przyznać, że Geno Smith z West Wirginia ma jeszcze bardziej niesamowity bilans (25-0), ale Alabama to przede wszystkim gra biegowa, podczas gdy West Wirginia gra raczej górą. No i Alabama wygrywa, tymczasem WV ma na koncie już jedną porażkę.

Alabama może nie oddać prowadzenia już do końca, choć ma przed sobą jeden niezwykle trudny mecz. 3 listopada jedzie do odwiecznego rywala LSU, który pała rządzą rewanżu ze zeszłoroczne BCS Championship Game. Ten mecz w prime time (20.00 ET) nadawać będzie na cały kraj telewizja CBS. U nas będzie to 2 w nocy, ale poważnie zastanawiam się nad zarwaniem, zwłaszcza że następnego dnia niedziela.

Kontrowersje wzbudziło drugie miejsce w rankingu. Zajęła je Floryda, jednak niektórzy powątpiewają w ich talenty ofensywne, wskazując, że ekipa ta nie ma w ogóle gry podaniowej. Krytycy twierdzą, że trzeci Oregon to ekipa znacznie bardziej kompletna. Dyspozycja Florydy zostanie poważnie przetestowana w sobotę, gdy na Florydę przyjeżdża siódma w rankingu BCS ekipa Południowej Karoliny. Oregon wygrał łatwo wyjazdowy mecz przeciwko Arizona State w jedynej czwartkowej konfrontacji w FBS. Arizona State to dość silna ekipa i to zwycięstwo będzie poważnym argumentem na rzecz awansu Oregonu, zwłaszcza jeśli Floryda będzie męczyła się z Karoliną (jeśli przegrają spadną automatycznie).

 

Jak na razie wszystko wskazuje na to, że w BCS Chamionship Game zagra Alabama przeciwko Florydzie albo Oregonowi, ale akademicki football jest jeszcze bardziej nieprzewidywalny niż NFL, a do dogrania pozostało pół sezonu.