Kategorie: Wszystkie | ABC futbolu amerykańskiego | NCAA | NFL | O mnie | PLFA | inne
RSS
poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Po dwóch falstartach spowodowanych pogodą Devils mogli wreszcie zainaugurować sezon. Na własnym boisku wygrali spokojnie z Warsaw Spartans. Niestety nie mogłem być na Stadionie Olimpijskim ze względów zawodowych, więc nic ponad poniższy skrót nie byłbym w stanie napisać. Generalnie sytuacja wygląda obiecująco, zwłaszcza nasz zagraniczny tandem QB-RB. Enjoy!

piątek, 12 kwietnia 2013

W pierwszej części pisałem o systemie szkolenia w USA na poziomie szkół średnich i uniwersytetów. W części drugiej przedstawiłem wszystkie wydarzenia i decyzje przed draftem. Teraz czas na sam draft, a następnie walkę o miejsce w składzie, aż do upragnionego debiutu w najlepszej footballowej lidze świata.

 

Draft

Draft, czyli coroczny nabór do NFL ma długą historię. Zaczęło się w 1936 r. i od tego czasu ta impreza wielokrotnie zmieniała formułę. Zawsze jednak chodziło o to, żeby kluby w lidze mogły „zaklepać” najlepszych graczy z uczelni bez konieczności licytowania się między sobą. Obecnie wybór w drafcie oznacza zarezerwowanie sobie danego zawodnika na rok. Jeśli w tym czasie klub nie podpisze z nim kontraktu (lub go zwolni) inne kluby mogą z nim negocjować. Jednak wcześniej wszelkie kontakty są zakazane.

Draft to największe wydarzenie medialne offseason, transmitowane na żywo przez telewizję i odbywające się w hali (ostatnio w Nowym Jorku) w obecności kibiców i tłumu dziennikarzy. Obecnie trwa trzy dni. Pierwszego dnia pierwsza runda, drugiego druga i trzecia runda, a trzeciego wszystkie pozostałe. W tym roku będzie miał miejsce w dniach 25-27 kwietnia w Nowym Jorku.

 

Skąd się biorą wybory w drafcie?

Teoretycznie mamy siedem rund, a każda drużyna ma jeden wybór w każdej rundzie. W sumie powinno to dawać 7 wyborów x 32 drużyny = 224 zawodników wziętych w drafcie. Jednak to nie takie proste, a rzeczywista liczba sięga z reguły trochę ponad 250.Skąd się to bierze?

Po pierwsze każda drużyna ma wybór w każdej rundzie draftu. Kolejność jest w każdej taka sama (z małym wyjątkiem o którym zaraz). Ustala się ją na podstawie dokonań w poprzednim sezonie. Najpierw wybierają drużyny, które nie weszły do play-offów (te z najsłabszym bilansem zwycięstw i porażek na początku), potem te które odpadły w pierwszej, drugiej i trzeciej rundzie, wicemistrz i na końcu zwycięzca Super Bowl. Jeśli dwie lub więcej drużyny mają taki sam bilans zwycięstw i porażek,, pierwszy wybiera ten klub, który miał słabszy terminarz, tzn. jego przeciwnicy mieli gorszy bilans zwycięstw i porażek. Jednak jeśli bilans jest równy, np. pomiędzy dwoma najsłabszymi drużynami w lidze, to w pierwszej rundzie jako pierwsza wybiera drużyna ze słabszym terminarzem, ale w każdej kolejnej zamieniają się miejscami. Cały mechanizm ma umożliwić wybranie lepszych graczy słabszym drużynom i wyrównanie poziomu rywalizacji.

Do tego dochodzą 32 wybory na końcu dalszych rund draftu (od trzeciej), które przyznawane są drużynom, które pozyskały słabszych wolnych agentów niż straciły. Dokładny podział odbywa się według skomplikowanego algorytmu i nawet nie będę udawał, że go rozumiem :)

W sumie daje to 256 wyborów w drafcie, jednak drużyny mogą też stracić możliwość wyboru. Jedną z możliwości jest łamanie reguł ligowych, kiedy to NFL może ukarać zabraniem pewnej ilości wyborów w drafcie (np. New Orleans Saints za aferę z płaceniem obrońcom za uszkadzanie rywali stracili wybory w drugich rundach draftu 2012 i 2013). Drugą możliwością jest wzięcie udziału w drafcie uzupełniającym, o którym za chwilę.

Oczywiście wybory w drafcie mogą stać się przedmiotem handlu między drużynami, czy to w zamian za zawodników czy w zamian za wybory w drafcie. Handlować można do momentu zużycia danego wyboru, więc w dniu draftu właścicieli zmienia całe mnóstwo wyborów, w zależności od rozwoju sytuacji.

 

Przebieg draftu

Na zapleczu hali każda drużyna ma swój „war room” czyli w wolnym tłumaczeniu „pokój sztabowy”. Siedzą tam najważniejsi ludzie w klubie, najczęściej właściciel, trener, Generalny Manager i ich asystenci. To oni na bieżąco podejmują decyzję, którego gracza wybrać z dostępnej puli na podstawie przygotowanych wcześniej tabel określających ich przydatność dla danej drużyny.

Każda drużyna ma określony czas na wybranie gracza. W pierwszej rundzie jest to dziesięć minut, w drugiej siedem, w kolejnych pięć. Swoją decyzję przekazują komisarzowi ligi, który wychodzi na podium i wygłasza sakramentalną formułę: „Z numerem 1 w drafcie 2012 Indianapolis Colts wybrali Andrew Lucka, quarterbacka Uniwersytetu Stanforda”. Oczywiście numery, drużyny i zawodnicy się zmieniają ;)

Jeśli klub się spóźni, wciąż może wybierać, jednak następny klub również ma już prawo przekazać swoją decyzję, więc może się okazać, że spóźnialscy wybiorą z niższym numerem niż im się należał.

Draft pokazywany jest na żywo w telewizji, a każdy wybór szeroko komentowany. W pierwszej rundzie większość graczy siedzi w „green roomie” czyli specjalnym pokoju dla zawodników i ich bliskich. Liga zaprasza do niego najbardziej obiecujących graczy biorących udział w drafcie, którzy najprawdopodobniej zostaną wybrani w pierwszej rundzie. Tacy gracze wybrani najpierw przed kamerami ściskają mamę/tatę/dziewczynę/trenera, potem dostają czapeczkę nowej drużyny, wychodzą na scenę, gdzie w blasku świateł robią „misiaczka” z komisarzem ligi i dostają symboliczną koszulkę nowego klubu z numerem „1” (od pierwszej rundy draftu).

 

Draft uzupełniający

Gdzieś pomiędzy draftem a startem nowego sezonu odbywa się draft uzupełniający. Zgłaszają się do niego gracze, którzy z przyczyn formalnych lub dyscyplinarnych nie mogli wziąć udziału w normalnym drafcie. Jeśli któraś z drużyn jest zainteresowana jakimś graczem, może złożyć na niego ofertę, w ramach której deklarują rundę draftu. Zwycięzcą zostaje ten, kto zaproponuje najwyższą, a w zamian za tego zawodnika traci wybór w zadeklarowanej rundzie w przyszłorocznym drafcie (choć może w niej wybierać na skutek transferów lub wyborów uzupełniających). W praktyce rzadko kiedy więcej niż 1-2 zawodników jest w ten sposób wybieranych. W zeszłym roku do Browns trafił Josh Gordon, w zamian za którego Cleveland zrezygnowało ze swojego wyboru w drugiej rundzie tegorocznego draftu (byłby to numer 39).

 

Walka o miejsce w składzie

Nawet jeśli zawodnik został wybrany w drafcie nie oznacza to, że zagra w NFL. Najpierw musi sobie wywalczyć miejsce w składzie, a o to niełatwo, bo każda drużyna NFL może mieć jednocześnie tylko 53 graczy. Dodatkowo może mieć 8 graczy w drużynie treningowej, którzy trenują z normalną drużyną, ale nie mogą brać udziału w meczach.

Walka o miejsce w składzie trwa przez cały okres przedsezonowy, przez różne obozy treningowe aż po cztery mecze przedsezonowe w sierpniu, po których kluby muszą odchudzić kadrę do przepisowych 53 graczy. W tym czasie debiutanci rywalizują nie tylko z weteranami i innymi wyborami z draftu, ale i z debiutantami, którzy w drafcie się nie znaleźli. Zawodnicy, którzy nie zostali wybrani w drafcie, stają się automatycznie wolnymi agentami, z którymi każdy klub może podpisać kontrakt na ogólnych zasadach.

O swoje kontrakty najczęściej mogą być spokojni gracze z pierwszej i drugiej rundy. Są to tak cenne wybory, że kluby niemal zawsze skłonne są dać szanse takim graczom na wykazanie się. Gorzej mają ci z dalszych rund, bo skoro „kosztowali” mniej cenne wybory to łatwiej się ich pozbyć.

Wysokość płac debiutantów reguluje CBA, czyli porozumienie między ligą a związkiem zawodowym zawodników NFL (NFLPA). Poprzednie CBA było pod tym względem tak skrzywione, że wybierani z jedynką Matt Stafford i Sam Bradford (odpowiednio 2009 i 2010 r.) od razu stawali się najlepiej opłacanymi graczami w historii ligi bez spędzania sekundy na boisku! Obecnie algorytm został zmieniony i debiutancie z pierwszej rundy draftu zarabiają znacznie mniej, choć nadal sporo więcej od kolegów z niższych rund. Minimum wynosi 390 tys. USD za sezon, więc całkiem ładny grosz.

 

Młody chłopak z małego amerykańskiego miasteczka poszedł do szkoły średniej w swojej okolicy. Tam się wyróżnił i dostał stypendium na renomowanej uczelni. Został gwiazdą i wybrano go w drafcie, po którym przekonał do siebie trenerów i podpisał kontrakt. Teraz będzie mógł po raz pierwszy wyjść na boisko w najlepszej lidze swiata, ale do bycia gwiazdą NFL jeszcze daleka droga.



Zobacz też:

Droga do NFL. Część 1: szkoła i uniwersytet

Droga do NFL. Część druga: Przed draftem

wtorek, 02 kwietnia 2013

Do draftu jeszcze dwa tygodnie, więc ruch w interesie wciąż trwa. Co prawda nie ma już na rynku tych największych nazwisk, ale bardzo ciekawie jest wśród rezerwowych quarterbacków. Ci goście mają wyjątkowo niewdzięczną robotę. Bardzo rzadko wychodzą na boisko, ale kiedy podstawowy rozgrywający nabawia się urazy, są graczami od których często zależą losy całego sezonu. Czasami wykorzystują swoją szansę i stają się gwiazdami (vide Kurt Warner czy Tom Brady) ale znacznie częściej pokazują, że po prostu nie są wystarczająco dobrzy na ten poziom. To dlatego dobry zmiennik to kluczowa postać, zwłaszcza dla drużyn, które mają quarterbacków dużo biegających z piłką lub podatnych na kontuzje (patrz San Francisco 49ers czy Philadelphia Eagles).

Ruchy w tym temacie zaczęły się jeszcze nim oficjalnie można było kontraktować nowych graczy, gdy Kansas City Chiefs ściągnęli niemałym kosztem Alexa Smitha, rezerwowego quarterbacka 49ers. Jednak większość rozgrywających niższej klasy zaczęło zmieniać pracodawców w okolicach Wielkanocy.

Arizona Cardinals, którzy ze względu na brak quarterbacka zawalili poprzedni sezon, zwolnili obu zawodników, którzy usiłowali grać na tej pozycji. Kevin Kolb znalazł już angaż w Bufflo Bills, gdzie spróbuje wskrzesić swoją karierę, John Skelton jest dalej bez pracy. Bills zwolnili swojego dotychczasowego pierwszego rozgrywającego Ryana Fitzpatricka, który znalazł pracę w Tennessee Titans, gdzie będzie zmiennikiem Jake’a Lockera. Z kolei Cardinals rozmawiają z Oakland Raiders na temat pozyskania Carsona Palmera, a w składzie mają jeszcze Brandona Hoyera, który w CV ma bycie zmiennikiem Toma Brady’ego i Bena Roethlisbergera.

W Raiders zmieniło się kierownictwo i sztab trenerski. W związku z przebudową klubu musiał wylecieć Palmer, który nigdy nie spełnił pokładanych w nim nadziei i zainwestowanych środków (dwa wybory w drafcie oddane Bengals), a pobierał królewską pensję. Na razie Raiders usiłują coś za niego uzyskać, ale jeśli im się nie uda po prostu go zwolnią. Na jego miejsce ściągnęli już Matta Flynna, za którego oddali do Seattle wybór w piątej rundzie przyszłorocznego draftu i warunkowy wybór w drafcie 2015.

Flynn to w ogóle ciekawy przypadek. Ma za sobą kilka lat jako zmiennik Aarona Rodgersa w Packers i zaledwie dwa mecze w pierwszym składzie, ale w jednym z nich pobił rekordy klubu w ilości jardów i podań na TD w jednym meczu. Wobec braku klasowych rozgrywających w lidze był jednym z najbardziej rozchwytywanych wolnych agentów w zeszłym roku. Ostatecznie podpisał kontrakt w Seattle, gdzie miał być pierwszym rozgrywającym, ale niespodziewanie został wygryziony przez debiutanta, Russela Wilsona.

Jednak to nie koniec. Cleveland Browns ściągnęli Jasona Campbella, rezerwowego qurterbacka Chicago Bears, który ma powalczyć o miejsce w pierwszym składzie z Brandonem Weedenem. Zaś za wybory w piątej i siódmej rundzie tegorocznego draftu wysłali do San Francisco Colta McCoya i wybór w szóstej rundzie. McCoy, gwiazda uczelni Texas, nigdy nie spełnił pokładanych w nim nadziei i teraz będzie zmiennikiem Colina Kaepernicka.

Quarterback to pozycja na tyle kluczowa, że drużyny NFL są skłonne dużo wydać i zaryzykować, byle tylko znaleźć tego właściwego. Co jednak znamienne, przynajmniej kilkanaście drużyn z różnych przyczyn wciąż nie wie, czy ich najlepszy quarterback faktycznie jest tym właściwym.

poniedziałek, 25 marca 2013

W nietypowym marcowym mrozie ruszyła Polska Liga Footballu Amerykańskiego. Moje plany na inaugurację spaliły na panewce, bo zaplanowany na sobotę mecz Devils Wrocław z Zagłębie Steelers nie doszedł do skutku ze względu na fatalny stan murawy na Stadionie Olimpijskim po zimie (mecz przełożony na 25 maja). A szkoda, bo wreszcie dorobiliśmy się na nim bramek footballowych z prawdziwego zdarzenia. Z pozostałych meczów znam tylko wyniki, więc nie będę o nich dużo pisał, zamiast tego spóźniona zapowiedź.

 

PLFA ma w tym roku dużo do udowodnienia. Po sukcesie zeszłorocznego finału na Stadionie Narodowym, czas przekuć rosnącą popularność ligi na frekwencję na meczach ligowych. Niestety nie doszedł do skutku plan transmisji jednego meczu z każdej kolejki, ale wiadomo już, że półfinały i finał pokaże telewizja, czyli i tak będzie 200% więcej transmisji niż w zeszłym roku.

Ligę czekają też spore zmiany organizacyjne. Przede wszystkim po rocznej banicji na czeskich stadionach, wracają do Polski mistrzowie z 2011 r. czyli Giants Wrocław, dawni The Crew. Ogromnie mnie to cieszy, bo niewiele rzeczy w polskim footballu jest równie emocjonujących jak derby Wrocławia, a że ostatnie mieliśmy w finale z 2011 r., więc jako kibic Devils nie mogę doczekać się rewanżu.

W tym roku w Toplidze zagra osiem zespołów podzielonych na dwie grupy: północną i południową. W tej pierwszej znajdują się mistrzowie Polski Seahawks Gdynia i wicemistrzowie Warsaw Eagles, a stawkę uzupełniają Kozły Poznań i beniaminek Warsaw Spartans. Południe reprezentują oba kluby z Wrocławia, Silesia Rebels oraz Zagłębie Steelers. Każdy klub rozegra w tym sezonie 10 meczy. Po dwa z każdym z zespołów ze swojej grupy i po jednym z zespołami z drugiej.

 

W polskim footballu z sezonu na sezon zmienia się siła poszczególnych drużyn, bo wiele zależy od poziomu sprowadzonych graczy amerykańskich. Widać już jednak, że w walce o tytuł liczyć się będzie wielka czwórka, czyli Eagles, Seahawks, Giants i Devils. Trzy pierwsze kluby nie straciły w pierwszej kolejce nawet jednego punktu i to na wyjazdach w trudnej zimowej aurze. Devils mieli przetestować Steelers, którzy zapowiadają, że będą czarnym koniem rozgrywek, ale obecność w półfinale kogokolwiek spoza wielkiej czwórki byłaby niewiarygodną sensacją.

Druga kolejka już po świętach, czyli 6-7 kwietnia, a hitem kolejki będzie mecz Eagles – Devils na stadionie Polonii przy ul. Konwiktorskiej w Warszawie, który powinien dać nam odpowiedź na pytanie o relatywną siłę obu ekip w tym roku.

Zachęcam do chodzenia na stadiony i wspierania polskiego footballu, który rozwija się tak dynamicznie, jak żadna dyscyplina sportu w Polsce.

Let’s go Devils! ;)

czwartek, 21 marca 2013

Zgromadzenie właścicieli klubów NFL, które jest odpowiednikiem zgromadzenia wspólników ligi, przyjęło trzy zmiany w przepisach. Jedna z nich to po prostu poprawienie luki w przepisach, dwie mogą znacząco wpłynąć na przebieg gry.

Największe kontrowersje wzbudził przepis, który zabrania graczom ataku i obrony atakowania przeciwnika czubkiem kasku poza „tackle box” czy przestrzenią, która rozciąga się między skrajnymi graczami linii ofensywnej oraz trzy jardy przed linią wznowienia akcji i aż do pola punktowego drużyny ofensywnej. Na poniższym rysunku postarałem się zaznaczyć tackle box czerwonymi liniami.

 

O ile sam przepis nie budzi większych kontrowersji, bo atakowanie szczytem hełmu faktycznie jest niebezpieczne, to wielu komentatorów ma wątpliwości co do jego praktycznego zastosowania.

Przede wszystkim granice tackle box wcale nie są tak oczywiste jak na rysunku. Linia ofensywna się przecież porusza. Dodatkowo nowy przepis mówi, że żeby zagranie było przewinieniem, obaj zawodnicy muszą znajdować się wyraźnie poza tackle box. Po drugie kiedy na stosunkowo drobnego runing backa pędzi 120-kilogramowy linebacker, opuszczenie głowy to często jedyna szansa, żeby uchronić się przed nokautem i poważną kontuzją. A przepis mówi, że karalne są tylko sytuacje, kiedy gracz umyślnie zaatakuje przeciwnika kaskiem. I teraz te wszystkie czynniki musi wziąć pod uwagę sędzia, który musi wydać decyzję w ułamku sekundy.

Moim zdaniem przepis jest niepotrzebny, bo ewidentne ataki kaskiem można było karać z paragrafu za „niepotrzebną brutalność”. Niestety spodziewam się, że w preseason i pierwszych meczach sezonu zasadniczego będziemy świadkami „docierania się” sędziów i zawodników. Dopiero potem ustali się powszechna wykładnia i gracze oraz sędziowie będą wiedzieli co im wolno, a czego nie.

 

Drugą istotną zmianą, ale nie budzącą takich kontrowersji, jest usunięcie z przepisu „Tuck Rule”. Od 1999 r. jeśli rozgrywający wykonał ruch ręką do przodu jakby chciał wykonać podanie (np. zwód), a następnie cofnął piłkę do siebie (tuck) traktowane było to jak ruch zmierzający do podania i wybicie piłki przez obronę traktowane było jak nieudane podanie, a nie jak fumble. Teraz reguła ulegnie uproszczeniu. Jeśli ramię rozgrywającego będzie szło do przodu ruchem zmierzającym do podania, gdy wybiją mu piłkę, mamy nieudane podanie. W innym wypadku będzie to fumble.

Najsłynniejszym przypadkiem zastosowania tej reguły były play-offy w sezonie 2001, gdy w meczu New England Patriots – Oakland Riders Charles Woodson, wtedy gracz Riders, wybił piłkę Tomowi Brady’emu. Wydawało się, że Patriots stracili piłkę i przegrali mecz, ale sędziowie po obejrzeniu powtórek zastosowali „Tuck Rule”. Patriots wygrali, zdobyli pierwszy tytuł mistrzowski, a  Tom Brady zrobił pierwszy krok na drodze do wielkości. Gdyby nie „Tuck Rule” historia NFL mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej. Jednak nawet jako kibic Patriots przyznaję, że przepis ten był bez sensu.

 

Trzecia zmiana zasad to naprawienie ewidentnej bzdury. Otóż w NFL pewne sytuacje (takie jak strata czy zdobycie punktów) są automatycznie sprawdzane na powtórkach czy wszystko było w porządku. W tych sytuacjach trener nie może rzucić czerwonej flagi oznaczającej prośbę o sprawdzenie akcji na powtórce. W zeszłym sezonie jeśli się to zdarzyło, drużyna traciła 15 jardów kary za niesportowe zachowanie, a akcja nie podlegała już sprawdzeniu na powtórce. Boleśnie przekonał się o tym trener Detroit Lions Jim Schwartz w meczu w Święto Dziękczynienia przeciwko Houston Texans.

Od nowego sezonu w takiej sytuacji rener straci przerwę na żądanie, a jeśli nie ma przerw na żądanie jego drużyna dostanie 15 jardów kary, niemniej jednak akcja będzie podlegała sprawdzeniu na powtórce.

wtorek, 19 marca 2013

Za oceanem trwa szaleństwo zakupowe związane z początkiem free agency, a u mnie na blogu cisza. Niestety ten ciekawy okres zbiegł się z moim wyjazdem za granicę, kiedy nie miałem czasu pisać, ale śledziłem wszystko na bieżąco.

W tym roku wiele drużyn jest bardzo aktywnych w podpisywaniu kontraktów z wolnymi agentami, ale brak graczy, którzy rozbiliby bank, jak rok temu Mario Williams. Powód jest prosty. Salary Cap nie wzrasta, co oznacza, że kluby nie dysponują po prostu taką kasą. Do tego zgodnie z nowym CBA debiutanci opłacani są znacznie słabiej niż kilka lat temu, co oznacza, że często bardziej opłaca się zaryzykować w drafcie, niż wyrzucać pieniądze na średniej klasy weterana. Wielu dobrych graczy dostało w tym roku niższe kontrakty niż te, które proponowano im w zeszłym roku (Wes Welker, Greg Jennings). Inni podpisują krótkie kontrakty, licząc, że rynek poprawi się na tyle, by zasłużyli na tłustą, wieloletnią umowę (Welker czy Aqib Talib).

 

Do ciekawych ruchów doszło jeszcze przed rozpoczęciem free agency. Baltimore Ravens, którzy znacznie przekraczają salary cap, a do tego uczynili Joego Flacco najlepiej opłacanym zawodnikiem w historii ligi, wyczyścili budżet płacowy, oddając Anquana Boldina do San Francisco 49ers za wybór w szóstej rundzie draftu. Wymiana między dwoma finalistami tegorocznego Super Bowl świadczy o desperacji w obozie Ravens. Boldin to świetny reciver i szanse na zastąpienie go kimś z szóstej rundy są minimalne.

Zbroją się również rywale 49ers z dywizji, czyli Seattle Seahawks. Oni z kolei podebrali Minnesocie ich najgroźniejszą broń w grze podaniowej, czyli wszechstronnego recivera Percy’ego Harvina. Oddali za niego co prawda wybór w pierwszej rundzie draftu, ale Harvin powinien stworzyć niezwykle groźny duet z Russelem Wilsonem.

Teraz przejdźmy do najciekawszych transakcji na rynku free agents.

 

Po restrukturyzacji kontraktu Toma Brady’ego wydawało się, że przedłużenie kontraktu jego przyjaciela i ulubionego recivera Wesa Welkera jest tylko kwestią czasu. Jednak Welkerowi zaproponowano jedynie dwuletni kontrakt na 10 mln dolarów. Wybrał więc Paytona Manninga i Denver Broncos, gdzie za dwa lata dostanie 12 mln, co i tak jest okazyjną ceną za gracza tej klasy. Plotki głoszą, że Brady nie był zbyt szczęśliwy, ale oficjalnie się nie wypowiedział, natomiast Robert Craft, właściciel Patriots na sugestie, że rozzłościł swoją największą gwiazdę stwierdził ostro: „Nie odpowiadam przed Tomem Bradym”.

W miejsce Welkera sprowadzono z St. Louis Rams Danny’ego Ammendolę, który jest graczem bardzo podobnym do Wesa Welkera w sposobie gry i warunkach fizycznych, tylko sporo młodszym. Ta zmiana pozwoli nam odpowiedzieć na pytanie ile ze znakomitych statystyk Welkera to system i Tom Brady, a ile jego klasa. Jako kibic Pats wolałbym jednak nie przeprowadzać takiej operacji bez znieczulenia.

Jeśli już przy Pats jesteśmy, to dokonali oni sporych zmian w składzie. Zwolniony został Brandon Lloyd, który miał niezłe statystyki w zeszłym roku, ale nie spełnił do końca pokładanych w nim nadziei. Jego miejsce zajmie kolejny względnie młody reciver, Donald Jones, który poprzednie trzy lata spędził w Bufflo. Zmiany czekają także obronę. Patrick Chung podpisał kontrakt w Philadelphii, ale nikt po nim płakać nie będzie. W jego miejsce sprowadzono doświadczonego Adriana Wilsona z Arizony. Roczny kontrakt zdecydował się podpisać Aqib Talib, który powinien być najlepszym cornerbackiem Patriots w nadchodzącym sezonie. Dla kibiców sporym ciosem była decyzja wszechstronnego RB Danny’ego Woodheada, który postanowił przenieść się do San Diego.

 

Królami offseason ogłoszono Miami Dolphins. Klub z Florydy miał sporo wolnych pieniędzy i nie bał się zainwestować. Delfiny bardzo wzmocniły korpus reciverów, zatrudniając utalentowanego, ale trudnego Mike’a Wallace’a z Pittsburgha i Brandona Gibsona z St. Louis. Wesprze ich TE Dustin Keller, który jest graczem utalentowanym, ale kompletnie niewykorzystywanym w New York Jets.

Nowi zawodnicy pojawią się także w korpusie linebackerów, choć brak w nim wielkich nazwisk formatu Wallace’a. Na środku obrony pojawi się Dannell Ellerbie, szykowany w Baltimore na następcę Raya Lewisa, ale Ravens nie byli w stanie przelicytować Dolphins. U jego boku stanie Philip Wheeler, który w zeszłym sezonie był jednym z nielicznych jasnych punktów w Oakland.

Po stronie strat Miami musi zapisać Reggiego Busha. Wszechstronny RB nigdy nie osiągną w NFL sukcesu na miarę swojej gwiazdorskiej kariery na uczelni USC. Kibice pamiętają go głównie z romansu z celebrytką Kim Kardashian i skandalu, w efekcie którego odebrano mu Nagrodę Heismanna (pierwszy i jak na razie ostatni taki przypadek) za naruszenie regulaminu NCAA podczas gry na USC. Mimo to wciąż pozostaje groźnym zawodnikiem, a przynajmniej taką nadzieję mają Detroit Lions, którzy zakontraktowali go w nadziei na reanimację swojej nie istniejącej w zeszłym sezonie gry biegowej.

Z kolei do St. Louis odszedł LT Jake Long, pierwszy numer draftu z 2008 r. Początkowo był opoką linii ofensywnej Miami, ale ostatnie dwa lata to pasmo urazów i o niego Dolphins również specjalnie nie walczyli.

 

Inne ciekawe transfery w kolejności alfabetycznej:

Cliff Avril – solidny defensive end z Lions przeniósł się do Seattle. Wielce prawdopodobne, że NFC West będzie miała dwie najlepsze defensywy nadchodzącego sezonu.

Tony Gonzalez – jeden z najlepszych tight endów w historii postanowił wrócić do Atlanty na swój 17 już sezon w lidze. Co ciekawe dopiero w zeszłym roku po raz pierwszy posmakował zwycięstwa w play-off.

Steven Jackson – po ośmiu z rzędu 1000-jardowych sezonach w St. Louis czołowy running back ligi ma dodać nowy wymiar do dynamicznej ofensywy w Atlancie.

Greg Jennings – Green Bay ma na tyle rozbudowany korpus reciverów, że mogli pozwolić odejść znakomitemu, ale podatnemu na kontuzje Jenningsowi. Stanie się on celem nr 1 dla Chrisa Pondera w Minnesocie.

Paul Kruger – kolejna ofiara ciasnego budżetu płacowego w Baltimore. Linebacker przeniósł się do Cleveland, gdzie całkowicie nowa ekipa właścicielsko-trenersko-managerska spróbuje odbudować ten zasłużony klub.

Dominique Rodgers-Cromartie – solidny cornerback zalicza trzeci klub w ciągu 5-letniej kariery. Tym razem ma pomóc Paytonowi Manningowi w Denver w zdobyciu drugiego pierścienia mistrzowskiego.

sobota, 09 marca 2013

W pierwszej części opisałem, jak w USA wyławia się talenty i robi z nich gwiazdy uniwersyteckiego footballu. Teraz zajmiemy się tą częścią pomiędzy grą na uczelni, a dniem draftu.

 

Kiedy odejść z uczelni

Wbrew pozorom jest to fundamentalne pytanie, które może drastycznie wpłynąć na pozycję młodego zawodnika w drafcie.

Każdy student może występować w NCAA przez cztery sezony. Doliczając do tego opcjonalny redshirt (jeśli nie wiesz co to jest, zajrzyj do pierwszej części) mamy maksymalnie pięć lat, które można spędzić w uczelnianej drużynie. Wszyscy seniorzy, czyli gracze, którzy ukończyli swój czwarty normalny rok automatycznie kwalifikują się do udziału w drafcie.

Jednak przepisy NFL mówią, że do draftu może przystąpić każdy zawodnik, który ukończył szkołę średnią trzy lata wcześniej. To oznacza, że do NFL mogą trafić już juniorzy (po trzech normalnych latach w drużynie) albo nawet redshirt sophmore (dwa normalne lata plus rok redshirt). W tym roku drużyny NFL będą mogły wybrać Tyranna Mathieu, który po roku redshirtu zagrał jeden sezon w LSU, a w zeszłym roku był zawieszony.

W przypadku graczy nie będących seniorami decyzję o zgłoszeniu się do draftu podejmują sami zawodnicy. Jest to decyzja strategiczna, która może zaważyć na całym przebiegu kariery. Przede wszystkim nie warto zgłaszać się za wcześnie. Po pierwsze niewielu 21-letnich zawodników może sprostać fizycznie trudom starć z gigantami z NFL. Ponadto warto powalczyć o jak najwyższą pozycję w drafcie. Daje to lepszą pensję w debiutanckim kontrakcie, a jeśli coś pójdzie nie tak, drużyny są bardziej skłonne dać drugą szansę graczowi wybranemu w pierwszej rundzie niż temu z siódmej. Oczywiście wyższe pozycje w drafcie mają ci gracze, którzy wyróżnili się na uczelni, a także uważani są za dojrzałych i gotowych do rywalizacji na wyższym poziomie.

Z drugiej strony nie zawsze opłaca się wykorzystywać przysługujące cztery lata gry. Jeśli zawodnik ma już ustabilizowaną, wysoką pozycję, to najczęściej zgłasza się do draftu. Minimalizuje w ten sposób prawdopodobieństwo kontuzji w kolejnym sezonie, która może mocno osłabić jego szanse na wybór z wysokim numerem. Z drugiej strony wiele gwiazd uniwersyteckich przed swoim ostatnim sezonem może niewiele zyskać, a  dużo stracić. Znamienny jest przypadek quarterbacka USC Matta Barkleya, którego przed sezonem 2012 uważano za głównego kandydata do numeru 1 w drafcie 2013. Barkley postanowił nie brać udziału w drafcie 2012 najeżonym świetnymi rozgrywającymi, a zamiast tego wrócić na ostatni rok na uczelnię. Słabszy sezon sprawił, że jego pozycja na rynku mocno spadła i nie jest wcale pewne, czy zostanie wybrany w pierwszej rundzie.

Większość najlepszych zawodników skłonna jest do zgłaszania się do draftu po swoim trzecim sezonie. Wyjątkiem jest linia ofensywna, gdzie z nieznanych mi przyczyn większość zawodników kończy swoje uniwersyteckie kariery po wykorzystaniu wszystkich dostępnych sezonów.

Na decyzje graczy mogą mieć też wpływ finanse. Choć żaden z najlepszych uniwersyteckich footballistów głodny nie chodzi, to jednak pieniądze, które w NFL płaci się nawet debiutantom, przyprawiają o zawrót głowy (minimum 390 000 dolarów za sezon, czyli jakieś trzydzieści średnich pensji w Polsce). Z drugiej strony na uczelni są bogami, w NFL muszą mozolnie wyrabiać sobie pozycję od dna swoistej "drabiny społecznej".

 

Proces ewaluacji

To trudne słowo oznacza po prostu ocenę potencjalnych kandydatów do draftu. Kiedy kończy się sezon w NFL, gracze jadą wygrzewać się na Karaiby, wędkować na Alasce czy przepuszczać fortunę w Vegas. Tymczasem dla trenerów i całego pionu podlegającego Generalnemu Managerowi (GM) nastaje cza wytężonej pracy. GM i jego ludzie odpowiadają ogólnie mówiąc za dobór pracowników klubu, w tym graczy. Oczywiście współpracuje z nimi sztab trenerski, ale tak naprawdę podział obowiązków między sztab trenera i skautów GMa zależy od klubu i osobowości dwóch najważniejszych ludzi w drużynie.

Przez cały sezon skauci selekcjonują grupę graczy, którymi klub może być zainteresowany. Z reguły jest to bardzo szeroka lista, która stopniowo się zawęża, choć większość klubów stara się wiedzieć coś o każdym graczu przystępującym do draftu.

Kiedy kończy się sezon, trenerzy i zespół GMa siadają i oglądają zarejestrowane mecze interesujących ich graczy, póki nie znają ich na pamięć. Celem jest zdecydowanie, czy dany gracz faktycznie wart jest poświęcenia na niego wartościowego zasobu, jakim jest wybór w drafcie. Często kontaktują się też z trenerami drużyn akademickich i dyskutują o młodych zawodnikach. Jednak to tylko początek.

 

NFL Combine

Mniej więcej miesiąc przed draftem organizowane jest NFL Combine. To w praktyce wielkie targowisko dla skautów. Przyjeżdża na nie ponad 300 zaproszonych zawodników, z reguły tych najbardziej perspektywicznych.  W ciągu niespełna tygodniowego eventu każdy gracz jest mierzony ważony, przechodzi serię testów szybkościowych i sprawnościowych, Wonderlic, czyli test na inteligencję oraz bierze udział w bezkontaktowych treningach, podczas których pokazuje swoje podstawowe umiejętności.

Dodatkowo każdy klub ma prawo zarezerwować sobie piętnaście minut czasu każdego kandydata do NFL. Podczas tych piętnastu minut prowadzą rozmowy za zamkniętymi drzwiami, oceniając znajomość gry, inteligencję boiskową i poziom dojrzałości młodych ludzi.

W praktyce niektórzy gracze wybierają się na Combine tylko dla tych rozmów, bo mogą zrezygnować z udziału w treningach. Jest to oczywiście decyzja strategiczna. Opuszczenie treningów jest dla skautów niepokojącym sygnałem. Z drugiej strony reciver, który łapie podania od nieznajomego quarterbacka może częściej popełniać błędy, co jest sygnałem jeszcze bardziej niepokojącym.

Samo Combine to wieli cyrk medialny, pokazywany na żywo przez NFL Network. Oczywiście fani szeroko je komentują, choć tak naprawdę trudno cokolwiek na jego podstawie powiedzieć, jeśli nie pracuje się jako skaut.

 

Pro Days

Po Combine następują tzw. Pro Days. Są to specjalne eventy organizowane dla skautów na uczelniach, podczas których perspektywiczni gracze z danej uczelni prezentują swoje możliwości. Takie mini-combine, ograniczone do graczy z jednej uczelni. Na Pro Days gracze w biorą udział w pokazowym treningu ze swoimi kolegami i z reguły wypadają korzystniej niż podczas Combine.

Każdy taki dzień daje również skautom niepowtarzalną okazję na przeprowadzenie mnóstwa rozmów z trenerami i zawodnikami, którzy pracowali z perspektywicznym graczem przez kilka lat, co pozwala jeszcze lepiej go ocenić.

Z kolei dla graczy, którzy nie dostali zaproszenia na NFL Combine to szansa, by zaistnieć w świadomości skautów i może wcisnąć się gdzieś do którejś z dalszych rund draftu.

 

Kiedy zakończy się proces ewaluacji zawodników, każda drużyna przygotowuje specjalną tablicę z najbardziej pożądanymi graczami. Ale o tym więcej w następnym odcinku, w którym omówię draft i walkę o miejsce w składzie.

 

Czytaj dalej:

Droga do NFL. Część trzecia: Draft i walka o miejsce w składzie

 

Zobacz też:

Droga do NFL. Część 1: szkoła i uniwersytet

czwartek, 28 lutego 2013

Jak donoszą amerykańskie media, San Francisco 49ers i Kansas City Chiefs uzgodniły warunki transferu, w ramach którego do Kansas City powędruje quarterback Alex Smith, a do San Francisco wybór w drugiej rundzie kwietniowego draftu (i to na samym jej początku) oraz warunkowy wybór w przyszłorocznym drafcie, co oznacza, że konkretna runda, w której 49ers będą mieli dodatkowy wybór zostanie określona na podstawie efektów, jakie Chiefs da gra Smitha. Choć niektóre źródła podają, że może to być nawet kolejny wybór w drugiej rundzie. Jak na razie transfer nie może zostać oficjalnie ogłoszony, bo okienko transferowe w NFL otwiera się dopiero 12 marca, jednak wszystkie źródła potwierdzają, że do niego dojdzie.

Alex Smith został wybrany przez 49ers z pierwszym numerem draftu w 2005 r. Przez lata był jednym z największych rozczarowań w historii klubu i „tym gościem którego wybrano przed Aaronem Rodgersem”. Jednak gdy 49ers wreszcie ustabilizowali sytuację w klubie i skończyła się karuzela trenerów i koordynatorów ofensywy, Smith okazał się kompetentnym i solidnym rozgrywającym. Jego główną zaletą była bardzo mała ilość popełnianych strat i bardzo wysoki procent celnych podań. Z drugiej jednak strony 49ers przesuwali się do pola punktowego rywali stosunkowo powoli, brakowało tego, co Amerykanie nazywali „big plays”, czyli akcji powyżej 20 jardów. Smith potrafił dobrze zarządzać grą przy wsparciu skutecznej defensywy, ale nie był w stanie samemu odwrócić losów meczu. Kiedy w zeszłym roku doznał kontuzji został odsunięty od pierwszego składu na rzecz Colina Kaepernicka, który doprowadził 49ers do Super Bowl.

W Kansas City Smith będzie grał pod wodzą nowego trenera Andy’ego Reida, który ma opinię szkoleniowca potrafiącego dobrze wykorzystywać quarterbacków. Odziedziczy zespół ze sporą dozą talentu (sześciu Pro Bowlerów), ale zdemoralizowany sezonem 2012, w którym wygrali tylko dwa mecze. Jedną z głównych przyczyn tak słabej gry Chiefs był brak kompetentnego rozgrywającego.

Chiefs załatali największą dziurę w składzie i wciąż mają do dyspozycji pierwszy wybór w tegorocznym drafcie. Większość analityków skłania się ku opinii, że wybiorą Offensive Tackle (gracza zamykającego linię ofensywną) Luke’a Jockela z Texas A&M. Z nowym trenerem, rozgrywającym i filarem linii ofensywnej mogą stać się drugą siłą w bardzo słabej ostatnio AFC West.

Największymi wygranymi tej wymiany są bez wątpienia 49ers. Wiadomo było, że będą musieli sprzedać Smitha, a jeśli nie znalazłby się kupiec, wręcz go zwolnić, bo nie stać ich na płacenie ponad 7 milionów dolarów rezerwowemu. Tymczasem dostali za niego wysoki wybór w drugiej rundzie draftu, co pozwoli im załatać kolejne dziury w składzie, których i tak nie mają za dużo.

Cena za Smitha jest bardzo wysoka, jak na gracza tej klasy. Wynika ona jednak ze znacznej przewagi popytu nad podażą. Na rynku praktycznie nie ma dobrych quarterbacków. Jedynym dostępnym jest Matt Flynn, z którym najprawdopodobniej Seattle Seahawks rozwiążą kontrakt (z tych samych powodów co 49ers ze Smithem), a jest to zawodnik mający na koncie zaledwie dwa mecze w podstawowym składzie w życiu (choć oba całkiem dobre). W nadchodzącym drafcie również nie ma żadnego rozgrywającego o zachwycającym potencjale, a ekip desperacko potrzebujących quarterbacka jest w lidze jeszcze kilka.

wtorek, 26 lutego 2013

W poniedziałek Tom Brady sensacyjnie przedłużył kontrakt z New England Patriots. Nieoczekiwane jest nie tylko samo przedłużenie, które właściwie zapewnia, że Brady skończy karierę jako zawodnik Pats, ale przede wszystkim warunki umowy.

Brady i Patriots przedłużyli kontrakt do końca sezonu 2017, co oznacza że rozgrywający ekipy z Nowej Anglii będzie miał po jego zakończeniu 40 lat, czyli osiągnie wiek, który kiedyś określił jako moment na zakończenie swojej kariery.

Co najważniejsze, Brady zgodził się na pieniądze mniejsze o niemal 1/3 od tych, które zarabiają quarterbackowie jego klasy. Pozwoli to Patriots na zakontraktowanie lepszych graczy na innych pozycjach. Tylko w ciągu dwóch najbliższych lat zrekonstruowana umowa uwalnia w budżecie płacowym Patriots 30 mln dolarów, z czego aż 20 w przyszłym roku. To oznacza, że Patriots będą mieli środki na poważne wzmocnienia, a przede wszystkim na zatrzymanie Wesa Welkera, przyjaciela Brady’ego.

To nie pierwszy raz, gdy Brady zgadza się na niższe zarobki dla dobra drużyny. W 2005 r., po zdobyciu swojego trzeciego Super Bowl, podpisał sześcioletni kontrakt warty średnio 10 mln dolarów na rok, podczas gdy Payton Manning, wówczas bez żadnego pierścienia mistrzowskiego, zarabiał rocznie ok. 14,2 mln dolarów.

Oczywiście Brady, który zarabia ciężkie miliony na kontraktach reklamowych może sobie pozwolić na odpuszczenie kilku milionów pensji. Zwłaszcza, że jego żona to najlepiej zarabiająca supermodelka na świecie. Niemniej jednak biorąc pod uwagę twardą walkę jaką o każdy cent z New Orleans Saints stoczył niedawno Drew Brees, to bardzo pozytywny gest. Pytanie tylko, czy Brady wytrzyma fizycznie do końca swojego nowego kontraktu.



poniedziałek, 25 lutego 2013

W weekend w Stanach odbyło się NFL Combine czyli wielki targ, na którym narybek zgłoszony do tegorocznego draftu prezentował się przed skautami, trenerami i wszystkimi innymi osobami, które mogą mieć wpływ na wybór w drafcie. To oznacza oficjalny początek płółtoramiesięcznego szaleństwa, które zakończy dopiero kwietniowy draft. W tym czasie każdy Amerykanin wyrobi sobie zdanie którzy kandydaci do gry w lidze zasługują na wybór w pierwszej rundzie draftu, kto powinien być numerem 1, kogo powinna wybrać jego ukochana drużyna oraz kto jest najbardziej przereklamowany.

Zanim jednak młody zawodnik trafi do najlepszej footballowej ligi świata musi przejść przez gęste i bezwględne sito selekcji. Na NFL Blog omówię drogę od zwykłego chłopaka z amerykańskiego miasteczka do gwiazdy najpopularniejszego sportu w USA. Dziś, w części pierwszej, będzie o systemie szkolnym, w części drugiej opiszę sam proces draftu i przygotowań do niego.

 

Skąd się biorą talenty

Kiedy podczas kolejnych igrzysk olimpijskich smętnie wzdychamy, kiedy nasza reprezentacja w jakimkolwiek sporcie (poza może siatkarzami i piłkarzami ręcznymi) zbiera sromotne baty, kiedy z zazdrością patrzymy na reprezentację USA, która w Londynie zgarnęła 104 medale, często zapominamy, że to efekt fantastycznego amerykańskiego systemu selekcji, który działa od najmłodszych lat.

Przede wszystkim w USA nikt nie bawi się w juniorskie sekcje "dorosłych" klubów. Całe szkolenie opiera się na szkołach. Każda szkoła w kraju, a już zwłaszcza liceum, ma swoją drużynę sportową z różnymi sekcjami, począwszy od najpopularniejszych sportów zespołowych jak koszykówka, football czy baseball, przez lekkoatletykę, tenis i cała masę innych sportów. Uczniów nie tylko zachęca się do uprawiania sportów, ale szkoła ułatwia im to jak to tylko możliwe. Większość liceów dysponuje własnymi halami i stadionami, a infrastruktura dostępna jest dla uczniów cały czas.

W liceach młodzi gracze, którzy wcześniej grali głównie w bezkontaktowy football flagowy, po raz pierwszy na poważnie grają w football. Mecze licealne z reguły rozgrywane są w piątkowe wieczory, żeby nie kolidowały z sobotnimi meczami NCAA i niedzielnymi spotkaniami NFL. Emocjonuje się nimi cała lokalna wspólnota, zwłaszcza w mniejszych miasteczkach (szczególnie w Texasie) jest to rodzaj wydarzenia towarzyskiego. W tym wieku gracze nie są tak bardzo wyspecjalizowani, często zmieniają pozycje, grają na kilku pozycjach czy startują w kilku drużynach (np. koszykówki i footballu). Licea nie rywalizują na polu ogólnokrajowym, a jedynie regionalnym i stanowym.

Gracze szkolnych drużyn, a zwłaszcza footballowej, mają w szkołach tradycyjnie wysoki status i to wszystko co oglądaliście w serialach dla młodzieży, gdzie quarterback szkolnej drużyny chodzi z najatrakcyjniejszą cheerleaderką, wcale nie jest dalekie od prawdy. Mobilizuje to młodych ludzi do uprawiania sportu i pomaga utrzymać ich pod kontrolą, bo wiedzą, że jeśli przeskrobią, wylecą z drużyny.

 

Rekrutacja

Rekrutacja do drużyn akademickich to gigantyczne przedsięwzięcie. Najlepsze uczelnie w kraju walczą między sobą o najlepszych rekrutów. Opisywaniem czołowych graczy w różnych liceach zajmują się poważne media, a Scout.com i Rivals.com to dwa najbardziej opiniotwórcze serwisy, które publikują doroczne rankingi potencjalnych kandydatów do gry w NCAA.

Rekrutacja zaczyna się po zakończeniu rozgrywek akademickich. Angażują się w nią nie tylko skauci uczelni, ale i cały sztab trenerski. W świecie, gdzie zawodnicy mogą grać najwyżej cztery sezony, stały dopływ talentów jest kluczowy dla przetrwania drużyny.

Co może zaoferować kandydatowi uczelnia? Na pewno nie wysoką pensję. Sportowców zrzeszonych w NCAA obowiązują bardzo surowe przepisy zabraniające czerpania z gry jakichkolwiek korzyści finansowych poza stypendium sportowym.

Właśnie, stypendium. W USA studia są bardzo drogie, a dla dzieciaków z biedniejszych rodzin wręcz nieosiągalne. Stypendium sportowe to dla nich często jedyna szansa na zdobycie wykształcenia, które jest polisą ubezpieczeniową na wypadek jeśli nie powiedzie się kariera sportowa. Każda uczelnia może mieć określoną liczbę stypendystów sportowych w każdej dyscyplinie. Z reguły każda tą samą, choć może zostać ukarana zmniejszeniem dostępnych stypendiów za naruszenie reguł NCAA. Warto wiedzieć, że student może być np. stypendystą lekkoatletycznym i grać w drużynie footballu. Obciąża wówczas konto uczelni jako lekkoatleta, ale już nie jako footballista. Stypendium zapewnia darmowe studia, akademik, wyżywienie i kieszonkowe, skromne jak na warunki amerykańskie, ale wystarczające na przyjemne studenckie życie.

Innymi czynnikami decydującymi o wyborze rekrutowanego gracza są siła uczelni i potencjalne miejsce w drużynie. Czołowy reciver raczej nie wybierze uczelni preferującej grę biegową, a najlepsi running backowie nie chcą utknąć w ofensywie podaniowej. Ważna jest też konkurencja na danej pozycji.

Rekrutacja często zamienia się w cyrk transmitowany przez lokalną telewizję, kiedy to miejscowa szkolna gwiazda siedzi u mamusi na kanapie, a przed sobą ma kilka lub kilkanaście czapeczek zainteresowanych uczelni. Obmacuje wszystkie, by w końcu założyć na głowę tę jedną, wybranej uczelni.

Naturalnie nie wszyscy gracze mają taki wybór. Niektórzy otrzymują tylko jedną ofertę stypendium, inni nie dostają ich wcale.

 

Studenckie lata

W NFL (a od niedawna także w NBA) nie ma możliwości wyboru w drafcie gracza od razu po ukończeniu szkoły średniej. To oznacza, że kandydat do gry w tej lidze powinien spędzić trochę czasu na uczelni.

NCAA to potężny biznes, a rozgrywki uniwersyteckie są śledzone przez miliony kibiców. Z dwudziestu największych stadionów footballowych w USA aż osiemnaście to areny, na których grają uczelnie. I z reguły wypełniają się do ostatniego miejsca.

Trzon każdej drużyny stanowią oczywiście stypendyści, ale teoretycznie do drużyny może trafić każdy student danej uczelni. Tacy zawodnicy nazywani są "walk-on" i z reguły odgrywają trzecioplanowe role w liczących często ponad 100 graczy kadrach uniwersyteckich, ale jeśli są naprawdę dobrzy, mogą nawet zasłużyć na stypendium. Przykładem "walk-ona", który zrobił karierę jest np. Clay Matthews z Green Bay Packers.

Dzięki szerokim składom rywalizacja na uczelniach jest niezmiernie zacięta. Nawet największe gwiazdy nie mogą być pewne swojej pozycji, a do rozegrania w sezonie jest tylko 12 meczy w sezonie (plus ewentualne finały konferencji i Bowls). Każdy tylko czeka na swoją szansę.

Jest to też czas, kiedy psychika młodych ludzi wystawiona jest na ciężkie próby. Wyrwani z rodzinnych domów trafiają do kampusów o specyficznej kulturze. W wieku 20 lat stają się gwiazdami, na których cześć wiwatuje nierzadko 100 tys. widzów na stadionie, media się dobijają, atrakcyjne studentki same zrzucają majtki, a koledzy zapraszają na imprezy.

Znamienny jest przypadek Tyranna Matthieu, znanego też jako "Honey Badger". Dwa lata temu był na szczycie. W swoim pierwszym sezonie został podstawowym cornerbackiem wicemistrzów kraju z LSU  i finalistą głosowania na Nagrodę Heismanna. Jednak po sezonie wyleciał z drużyny, kiedy w jego organizmie podczas rutynowych testów wykryto marihuanę. Jesienią wrócił na uczelnię i zapowiadał, że chce wrócić też do drużyny, jednak został aresztowany za posiadanie marihuany. Zgłosił się do tegorocznego draftu NFL, ale zapewne zostanie wybrany w jednej z dalszych rund, mimo że jeszcze niedawno uważany był za czołowy defensywny talent.

Na uczelni każdy zawodnik ma cztery lata "eligibility" czyli cztery sezony, podczas których może rywalizować w rozgrywkach sygnowanych przez NCAA. Poza tym w pierwszym sezonie może zdecydować się na "redshirt" czyli sezon, podczas którego może chodzić na zajęcia, trenować i jeździć na mecze z drużyną, ale nie może brać udziału w meczach, dzięki czemu może skończyć pięcioletnie studia nie tracąc stypendium. W footballu gracze często biorą redshirt na pozycjach wymagających więcej fizyczności, co pozwala im uniknąć starć ze znacznie starszymi i silniejszymi graczami i nabrać więcej masy. Jeśli zawodnik nie zdecydował się na taką przerwę, może otrzymać tzw. medyczny redshirt. Przyznawany on jest przez NCAA zawodnikowi, który rozegrał mniej niż 30% meczy w sezonie i doznał ciężkiej kontuzji, która wykluczyła go z rywalizacji do końca roku. W wyjątkowych wypadkach medyczny redshirt może być przyznany graczowi, który ma za sobą zwykły redshirt.

W idealnych warunkach zawodnik w każdym roku powinien odgrywać większą rolę w zespole. "Pierwszacy" rzadko odgrywają pierwszoplanowe role. Obowiązuje ogólna zasada, że "remis rozstrzygany jest na korzyść starszego" czyli jeśli dwóch zawodników prezentuje podobne umiejętności to gra weteran. Jeśli jednak zawodnik wpadnie w tarapaty albo nie jest zadowolony ze swojej roli w zespole, ma dwa wyjścia. Za zgodą swojej obecnej uczelni może przenieść się na inny uniwersytet (musi jednak zrobić sobie rok przerwy) albo na junior college, czyli coś w rodzaju naszej szkoły policealnej, które mają swoją własną ligę. Tą pierwszą drogą poszedł m.in. Russel Wilson, quarterback Seattle Seahawks, a tą drugą Cam Newton, rozgrywający Carolina Panthers.

W pewnym momencie zawodnik może podjąć decyzję o próbie dostania się do NFL. Ale o tym w następnym wpisie.

 

Czytaj dalej:

Droga do NFL. Część druga: Przed draftem

Droga do NFL. Część trzecia: Draft i walka o miejsce w składzie

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10