Kategorie: Wszystkie | ABC futbolu amerykańskiego | NCAA | NFL | O mnie | PLFA | inne
RSS
czwartek, 01 sierpnia 2013

Od 1 sierpnia 2013 r. blog został przeniesiony na adres

http://nflblog.pl

Serdecznie zapraszam!

poniedziałek, 29 lipca 2013

W składzie drużyny NFL może być 53 graczy (pomijamy tu skład treningowy i listę kontuzjowanych). Jeszcze w latach 80-tych kluby starały się utrzymać jak najwięcej jak najlepszych graczy. W efekcie zespoły z dużych miast z większym rynkiem reklamowym miały wyższe budżety i mogły więcej płacić swoim graczom. Jednak w 1994 r. w NFL wprowadzono limit płac (salary cap), który z jednej strony ma wyrównywać rywalizację w lidze, a z drugiej zapobiega niekontrolowanemu wzrostowi pensji zawodników, z którym obecnie mamy do czynienia w europejskiej piłce nożnej.

 

Czym jest salary cap?

W pewnym uproszczeniu to kwota, którą klub NFL może wydać na płace dla swoich zawodników. Kwota aktualizowana jest co roku i dla trwającego już roku ligowego (zaczął się 12 marca) wynosi 123 mln. $. W zeszłym roku było to nieco ponad 120 mln., a najwyższa w historii była w 2009 r., kiedy to wynosiła ok. 129 mln.

Salary cap nie jest ustalane arbitralnie. Algorytm jego wyliczania zapisany jest w zbiorowym układzie pracy (CBA), który liga wynegocjowała ze związkiem zawodowym graczy (NFLPA). Sam algorytm jest dość skomplikowany, ale w pewnym uproszczeniu limit płac to 47-48,5% wszystkich przychodów ligi. Innymi słowy liga dzieli się w ten sposób przychodami z graczami. Warto zauważyć, że ta niemal połowa przychodów to tylko pensje graczy. Z pozostałych 52% kluby muszą opłacić sztab szkoleniowy, pracowników, bieżące funkcjonowanie klubów, a i tak większość z nich jest w stanie wypracować zysk.

W przeciwieństwie do NBA, w NFL salary cap jest sztywne. Oznacza to, ze pod żadnym pozorem nie można go przekroczyć. Żaden kontrakt nie wejdzie w życie bez aprobaty biura ligi, a biuro odrzuca każdy kontrakt, który naruszyłby limit płac drużyny. Z drugiej strony gracze wywalczyli sobie klauzulę minimalnych wydatków. Oznacza to, że kluby nie mogą w tym sezonie wydać na płace więcej niż 123 mln., ale nie mogą też wydać mniej niż 109,5 mln. Chodzi o wyeliminowanie sytuacji, gdy klub, któremu idzie słabo zwalnia najdroższych weteranów w celu oszczędzenia środków.

 

Z czego składa się kontrakt zawodnika NFL?

Kiedy widzimy doniesienia o nowych kontraktach w lidze najczęściej czytamy, że ten i ten podpisał sześcioletni kontrakt na 48 mln. dolarów. Nie oznacza to jednak, że przez sześć najbliższych lat zawodnik ten będzie pożerał 8 mln. rocznie z salary cap.

Po pierwsze każdy zawodnik ma bazową pensję, taką jak każdy pracownik. Może być ona równa przez cały czas trwania kontraktu albo zmieniać się. Często kluby wolą podpisywać kontrakty, w których większość pieniędzy przesunięta jest na ostatnie lata kontraktu. Wówczas zwolnienie gracza, który się nie spisał, daje więcej oszczędności. Ponadto rosnące salary cap sprawia, że łatwiej pomieścić wyższą pensję w kolejnych latach, choć obecnie limit płac rośnie wolniej niż kiedyś i wiele klubów wpędziło się w pułapkę takim konstruowaniem umów. Pensja zawodnika obciąża salary cap w roku, w którym jest wypłacana.

Zawodnicy i ich agenci bronią się na dwa sposoby. Po pierwsze mogą próbować wynegocjować płacę gwarantowaną. Rzadko zdarza się, by całość kontraktu była gwarantowana. Częściej jest to jakiś procent, który, znów, może się różnić w kolejnych latach. Gwarantowana kwota jest wypłacana, niezależnie czy zawodnik jest w składzie, czy też został zwolniony. Umowa może być gwarantowana wobec umiejętności, kontuzji i/lub salary cap. Rzadko zdarza się, by w kontrakcie były wszystkie trzy gwarancje. W praktyce oznacza to, że jeśli gracz ma gwarancję od kontuzji, to jeśli klub zwalnia go w wyniku urazu, to zawodnik otrzymuje gwarantowaną część pensji tak czy inaczej. Jeśli jednak zostanie zwolniony, bo jest za słaby lub dlatego, ze nie mieści się w limicie płacowym, to gwarancje stają się nieważne.

Drugim sposobem jest bonus za podpisanie (signing bonus). Jest to kwota, która wypłacana jest od razu po podpisaniu kontraktu i zawodnik nie musi jej oddawać, nawet jeśli zostanie zwolniony następnego dnia. Signing bonus rozkłada się w limicie płacowym równo na wszystkie lata kontraktu lub na pięć lat, jeśli kontrakt jest dłuższy. Oznacza to, że przy 10 mln. bonusu i czteroletnim kontrakcie co roku obciąża on salary cap na 2,5 mln. Jeśli kontrakt byłby na sześć lat, to przez pięć lat bonus obciążałby limit płacowy na 2 mln., w szóstym roku nie obciążałby w ogóle. Jeśli jednak zawodnik zostanie zwolniony, oddany w wymianie miedzy drużynami lub przechodzi na emeryturę, to cały pozostały bonus obciąża salary cap jeszcze w tym samym roku. Wracając do naszego hipotetycznego przykładu 10 mln. rozłożonych na cztery lata: jeśli w drugim roku zawodnik zostaje zwolniony, to jego signing bonus obciąża limit płacowy drużyny kwotą 7,5 mln. w tym roku.

Ostatnim elementem kontraktu są bonusy za osiągnięcia. Mogą być uzależnione od osiągnięć gracza (np. udział w Pro Bowl) albo drużyny (np. awans do playoffów). Z punktu widzenia salary cap, dzielą się one na prawdopodobne (Likely To Be Earned – LTBE) i nieprawdopodobne (Not Likely To Be Earned – NLTBE). Ich rozróżnienie jest banalne. Jeśli zawodnik osiągnął ten cel w zeszłym sezonie, bonus jest prawdopodobny. Jeśli nie osiągnął, bonus jest nieprawdopodobny. Jeśli Adrian Peterson ma w kontrakcie bonus 500 tys. dolarów za 2 tys. przebiegniętych jardów w sezonie, to będzie LTBE. U każdego innego running backa w lidze będzie to NLTBE. Bonusy prawdopodobne wlicza się do limitu płac na takich samych zasadach jak pensję. Bonusy nieprawdopodobne nie są wliczane.

Co jednak, jeśli Peterson nie przebiegnie w tym sezonie 2 tys. jardów? Liga „odda” Vikings ich 500 tys. dolarów w postaci podniesienia salary cap w przyszłym sezonie. Jeśli jednak 2 tys. jardów przebiegnie Marshawn Lynch, to Seahawks będą mieli limit płac niższy o 500 tys. w przyszłym roku (zakładając, ze Lynch ma taką klauzulę w kontrakcie).

 

Czym są „martwe pieniądze” (dead money)?

Czasami możemy przeczytać, że zwolnienie jakiegoś gracza nie opłaca się drużynie, bo wywoła to „uderzenie w limit” (cap hit) i stworzy „martwe pieniądze”. Mówiąc najprościej są to pieniądze obciążające limit płacowy drużyny, choć zawodnika, który je zarobił (lub zarabia) nie ma już w składzie.

Ich źródłem są omawiane wcześniej kwoty gwarantowane oraz bonusy za podpisanie. Martwe pieniądze to nic innego jak „przyspieszone” bonusy oraz gwarantowane na ten rok pieniądze zwolnionych graczy. Obciążają one limit płacowy, de facto go obniżając.

Każdy klub w NFL ma jakieś „martwe pieniądze” w tegorocznym budżecie. Najwięcej Oakland Raiders, którzy wyrzucają w błoto aż 26,5 mln, czyli ponad 1/5 limitu. Najmniej Green Bay Packers, u których jest to jedynie nieco ponad 121 tys. Warto zauważyć, że choć ranking „martwych pieniędzy” nie oddaje wprost siły drużyny, to jednak na jego czele większość to najsłabsze ekipy, a w końcówce przeważają te najsilniejsze w ostatnich latach. Wynika to z tego, że „martwe pieniądze” są efektem nietrafionych decyzji personalno-biznesowych.

Ostateczny skład 53 graczy ustala generalny manager lub trener (zależy od klubu). Jak widać potrzebuje nie tylko znać się na futbolu, ale i pewnych talentów księgowych. Wymaga to nieraz niełatwych decyzji. Czasami zwolnienia zasłużonego gracza (Charles Woodson) czasami przetrzymywania zawodnika, którego wszyscy chcieliby się pozbyć (Mark Sanchez). Niemniej jednak kiedy czytacie o kontraktach pamiętajcie, że całościowa kwota i długość umowy to wcale nie są jej najważniejsze parametry.

piątek, 19 lipca 2013

Od trzech lat dość dokładnie obserwuję PLFA. Cieszę się sukcesami polskiego futbolu, chodzę na stadion, oglądam transmisje internetowe. Jednak po tym sezonie mam nieodparte wrażenie, że liga dotarła do ściany, którą może przebić lub się od niej odbić.

 

Jednak zanim przejdę do sedna mały (jak to mawiają Amerykanie) disclaimer. Nie jestem związany z żadną polską drużyną futbolu amerykańskiego. Moją przygodę z tym sportem zacząłem od oglądania Super Bowl na Canal+, kiedy PLFA jeszcze nie istniała. Pewnego dnia postanowiłem sprawdzić jak to wygląda w Polsce i wybrałem się na mecz jednej z dwóch drużyn we Wrocławiu, gdzie mieszkam. Traf chciał, że akurat w tym tygodniu domowy mecz grali Devils. I tak, trochę przypadkiem, zostałem ich kibicem :) Piszę to więc z perspektywy kibica patrzącego na wszystko z zewnątrz, nieuwikłanego w żadne powiązania w polskim futbolowym światku. PLFA daje mi możliwość kontaktu z tym sportem, kiedy NFL i NCAA mają przerwę, ale mimo wszystko interesuję się głównie NFL, czego można się domyślić po tytule bloga.

 

Skąd ten długi wstęp? Ano stąd, że większość ludzi piszących o futbolu są to osoby mniej lub bardziej powiązane z klubami. Czy mówimy o blogu Dawida Białego, videoblogach Arka Soberskiego i Babsa, portalu quarterback.pl czy wreszcie magazynie Extra Point – wszystko to tworzą ludzie, którzy grali (grają) w polskich klubach lub w nich pracują. Wydawcą Extra Point jest przecież drużyna Warsaw Eagles.

Nie piszę tego jako zarzut. Czytam i oglądam regularnie wspomniane wyżej blogi i prenumeruję Extra Point. Chodzi mi tylko o to, że trochę brakuje spojrzenia na polski futbol z zewnątrz, z perspektywy kibica. I właśnie takie spojrzenie po zakończonym sezonie chciałbym zaprezentować, mając nadzieję, że może ktoś z ligi to przeczyta i da mu coś do myślenia, choć oczywiście zgadzać się ze mną nie trzeba.

 

Najpierw o tym, co było dobre w tym sezonie, który umownie potraktujmy jako czas od NAC VII Superfinału do Trawnik Producent VIII Superfinału.

Przede wszystkim liga (będę tak w skrócie pisał o całym środowisku futbolowym, wiem, że to nieprecyzyjne) zorganizowała cztery duże eventy: Euro-American Challenge, debiut reprezentacji Polski, dzień futbolu amerykańskiego na Narodowym, no i wspomniany wyżej VIII Superfinał. Fajnie, że takie rzeczy się dzieją, że ludzie mają możliwość kontaktu z futbolem, że przebija się to do mediów, choć wydarzenie te miały też słabe punkty o czym dalej.

Po drugie super, że liga się rozwija. W futbol gra się na coraz wyższym poziomie w coraz większej ilości miejsc w Polsce i coraz więcej drużyn przystępuje do rywalizacji. Mamy coraz więcej zawodników, rozwija się szkolenie juniorów, powstają programy do pracy z dzieciakami, do pomocy wuefistom itd. Bardzo mnie ucieszyła postawa braci Dziedziców z Giants, którzy może nie są gwizdami pierwszej wielkości, ale obaj w wieku 19 lat pełnią bardzo odpowiedzialne role w drużynie mistrza Polski. Znajdźcie mi polskich 19-latków, którzy rozgrywają w piłkarskiej Legii czy koszykarskim Zastalu.

Po trzecie cieszy mnie, że pojawiają się wyżej wspomniane media. Babs, Dawid Biały i Arek Soberski ruszyli ze swoimi blogami, a Extra Point trafił do Empików, gdzie jest spora szansa, że na gazetę natknie się ktoś spoza środowiska futbolowego.

 

Trzeba jednak pamiętać, żeby plusy nie przysłoniły nam minusów, jak mawiał klasyk. A tych niestety w tym roku było sporo.

Pierwszym i najważniejszym był niestety ostry konflikt graczy i trenerów z sędziami. Jak już kilkakrotnie pisałem sam jestem sędzią (choć koszykarskim), więc może nie jestem do końca obiektywny. Wiem doskonale, że sędziowie popełniali i będą popełniać błędy. Kibice się na sędziach wyżywają i będą wyżywać. Znamienne były dla mnie jednak wywiad „PLFA to już nie jest moja liga” z Michałem Rosiakiem na quarterback.pl i ostatni felieton Alexandra Zarganisa w Extra Point. Obaj zwrócili uwagę, że rośnie poziom ligi, a przez to i trudność ich sędziowania. Nie jest to żadne usprawiedliwienie dla sędziów, ale jeśli ilość meczy rośnie szybciej niż sędziów, to wiadomo, że poziom obsad musi spadać. Zwłaszcza, że z tego co wiem sędziowie w Polsce nie są zawodowi i muszą łączyć sędziowanie z obowiązkami w pracy.

Bardzo niefajne są insynuacje graczy, trenerów i działaczy pod adresem sędziów, a już wydarzenia z meczu Kozły-Steelers zostawiły u mnie ogromny niesmak. Na próżno na stronie ligi szukałem komunikatu o konsekwencjach wyciągniętych z tego zdarzenia. Na próżno szukałem zapisu wideo, żeby zobaczyć co się tak właściwie tam stało. Zdarzenie właściwie zamieciono pod dywan. Michał Rosiak maluje bardzo czarny obraz relacji na linii sędziowie-Komisja Dyscyplinarna-kluby. Jeśli to co mówi jest prawdą, to obawiam się, że polski futbol może zacząć szybko przypominać bagno, w którym tkwi ten futbol, który w USA nazywają soccerem.

Niełatwej sytuacji na pewno nie poprawi odejście w proteście Rosiaka oraz przeprowadzka do USA Zarganisa, co zmniejsza i tak skromną pulę doświadczonych polskich arbitrów. W tej sytuacji tym bardziej konflikty na linii sędziowie-kluby po prostu trzeba załatwiać tak jak przewiduje regulamin PLFA, a nie generować dodatkowe niezdrowe sytuacje. No chyba, że kluby chcą grać bez sędziów, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek poważny to rozważał.

Z drugiej strony mamy sędziów, którzy też nie są bez winy. Po pierwsze ich histeryczna i radykalna reakcja na wydarzenia w Poznaniu. Znowu, od tego są kanały oficjalne, a nie oświadczenia. Po drugie, jeśli już grozimy, że nie wyjdziemy na boisko jeśli coach Blasko będzie na ławce, to nie wychodzimy na boisko. Jeśli, jak twierdzi Rosiak, było inaczej, to sędziowie z własnej winy pozbawiają się autorytetu. Po trzecie wreszcie, sędziowie w futbolu mają fenomenalne narzędzie, niedostępne arbitrom w żadnym innym sporcie zespołowym – mikrofon. Kilka razy zdarzyło się, że byłem wściekły na sędziów, którzy podjęli błędną, moim zdaniem, decyzję na niekorzyść Devils. Po czym wracałem do domu, sprawdzałem rulebook i przekonywałem się, że cholera mieli rację, to był wyjątek. Drodzy sędziowie, przyjmijcie radę od kolegi z innej dyscypliny: mnóstwo zawodników i trenerów NIE ZNA przepisów. Znają te podstawowe, najczęściej używane, subtelności im umykają. A potem mają pretensje. Ja na hali nie mogę im tego wyjaśnić, wy przez mikrofon możecie krótko uzasadnić decyzję, a przy okazji edukować kibiców, graczy i trenerów. Fajnym krokiem było też wyjaśnienie kontrowersji co do decyzji sędziowskich z meczów Seahawks-Eagles i Giants-Devils na stronie ligi. Może stała rubryka z czymś takim?

 

Rozpisałem się o sędziach, ale to nie koniec mojego marudzenia. Podstawowym problemem PLFA, nad którym liga musi się pochylić, jest słaba frekwencja na stadionach. Chodząc na mecze mam wrażenie, że w większości przychodzą tam koledzy i rodziny graczy, a także zawodnicy z innych drużyn. Innymi słowo środowisko futbolowe z przyległościami. PLFA może zostać tam gdzie jest: półamatorska liga, robiona przez kolegów dla kolegów, których poczynania z trybun oglądają inni koledzy i rodziny. Może też pójść w stronę zawodowstwa i przyciągnąć na stadiony nowych ludzi, którzy, tak jak ja, przychodzą tam nie dla kolegów tylko dla sportu.

Niestety mam wrażenie, że część środowiska ma opory przed takim podejściem. Pod jednym z wpisów Dawida Białego na Facebooku pojawił się znamienny komentarz: „ Dawid z takim czymś to na pasjonatów [Pasjonaci futbolu amerykańskiego – grupa na FB – przyp. NFLBlog]. Tam poznasz opinie dziesiątek osób, które dla rozwoju futbolu w polsce nawet nie pierdnęły, ale na pewno będą specjalistami w pozyskiwaniu sponsorów na tak duże eventy.” (pisownia oryginalna). Nie chodzi o komentowany tekst Białego, z którym można się zgodzić lub nie. Chodzi o ton wypowiedzi. Poziom dyskusji na pasjonatach jest różny, i jest tam sporo ludzi, którzy „nie pierdnęli”. Ale właśnie takich „nie pierdzących” czy, jak trochę pogardliwie o nich pisze Biały, „typowych Januszów” liga musi pozyskać na co dzień, jeśli chce się dalej rozwijać.

Oczywiście, że to będą ludzie, których tak samo jak boisko interesować będzie piwo i żeberka z grilla. Oczywiście, że nie będą chcieli za darmo i z entuzjazmem promować futbolu. Oczywiście, że nie mając żadnej wiedzy będą się wymądrzali i wygłaszali swoje opinie (jak ja:) ). Jeśli na mecze PLFA ma przychodzić 300-400 osób to ok, brandzlujcie się panowie we własnym sosie, bo cel osiągnięty. Ale jeśli chcecie grać przy kilku-kilkunastotysięcznej widowni tydzień w tydzień i dostawać kasę za grę, to musicie się pogodzić z „typowymi niepierdzącymi Januszami”.

Piszę o tym teraz, bo po Superfinale widać, że urok nowości futbolu powoli mija. Przyszło na niego 6,5 tys. osób mniej niż przed rokiem. 16,5 tys. to i tak świetny wynik, zwłaszcza, że trzeba odliczyć tych, którzy rok temu przyszli tylko obejrzeć nowy stadion. Niemniej jednak krok w tył. Trzeba pozyskać ludzi, których ten sport będzie interesował na co dzień, a nie od święta.

Jasne, łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować. Tak, jestem tego świadom :) Chodzi mi jednak o to, żeby środowisko futbolowe powiedziało sobie jasno, że chcemy wyższej frekwencji na stadionach co tydzień, a nie tylko na kilku eventach do roku.

Po pierwsze te eventy warto rozrzucić trochę po kraju. Są to medialne wydarzenia, na które ściągają przypadkowi ludzie, którzy mogą połknąć bakcyla. Superfinał jest na Narodowym i tam powinien pozostać. Ale liga musi dołożyć wszelkich starań, żeby inne eventy porozrzucać po Polsce. Myślę, że za największą frekwencję na meczach Eagles choć w części odpowiada to, że Warszawa miała możliwość lepiej zapoznać się z futbolem na tych wszystkich eventach. Ale może w tym roku Dzień Futbolu Amerykańskiego będzie w Poznaniu, Auro-American Challenge w Trójmieście, a kadra Polski zagra we Wrocławiu? To będzie szansa pozyskania nowych kibiców także w tych miastach. Niestety transport publiczny jest w Polsce tak katastrofalny, że nie byłem w Warszawie na Superfinale, choć bardzo chciałem. Niestety nie mogłem sobie pozwolić na powrót do domu w poniedziałek o siódmej rano. Tymczasem mecz kadry z Holandią, na który z przyjemnością bym poszedł, znów będzie w Warszawie.

Po drugie trzeba iść w górę z obiektami. Ja rozumiem, że stadion przy Sztabowej we Wrocławiu wiele osób związanych z Giants i Devils wspomina z rozrzewnieniem. Ale po pierwsze jest cholernie mały (jak można tam było grać półfinał?!), a po drugie siedzenie na tych niewygodnych krzesełkach trzy godziny to naprawdę tortura. Przynajmniej w Toplidze drużyny muszą grać na obiektach, których trybuny pomieszczą (na razie) przynajmniej tysiąc widzów.

Po trzecie poziom ligi. Niestety w tej chwili mamy wielką czwórkę, klasę niżej Kozły i klasę niżej całą resztę. Wielka czwórka nie przegrała w tym roku nawet jednego meczu z którąś z niżej notowanych ekip. Oglądanie takich spotkań to żadna frajda. Przyznam, że na żadnym z nich nie byłem. W tym roku byłem tylko na derbach Wrocławia, meczu z Seahawks i półfinale z Eagles. Po prostu nie chce mi się oglądać, jak jeden z zespołów miażdży drugi różnicą 50 punktów. Nie mam pomysłu jak to naprawić, ale naprawić trzeba.

Po czwarte transmisje internetowe. Z każdego meczu Topligi po prostu musi być transmisja internetowa. Sprzęt i łącza robią się coraz tańsze, więc nie ma co się zasłaniać kosztami. Przy czym nie może to być transmisja na zasadzie jasne piksele biegają za ciemnymi na zielonym tle… ups… zerwało połączenie. Trzeba wymusić odpowiednio wysoką jakość, żeby dało się to normalnie oglądać. A linki do każdego meczu powinny być eksponowane na stronie ligi. Do tego warto by było, żeby w poniedziałek-wtorek pojawił się krótki program na YouTube i stronie ligi – skróty z komentarzem, jakiś wywiad, jakiś reportaż, wszystkiego 10-15 minut. Z kolei na profilach klubów powinny być publikowane pełne nagrania meczów, żeby można je sobie było obejrzeć z odtworzenia. Niektóre kluby już tak robią, ale powinno to się stać standardem.

 

Zdaję sobie sprawę, że to co piszę brzmi prosto, ale prostym nie jest. Jednak jeszcze kilka lat temu nikt nie uwierzyłby w finał PLFA na Stadionie Narodowym w obecności 16,5 tys. kibiców. A dziś niektórzy nazywają to porażką. Kończę więc mój nieco przydługi wywód krótkim podsumowaniem moich tez:

1. Urok nowości futbolu amerykańskiego w Polsce zaczyna się wyczerpywać.

2. PLFA może pozostać zamkniętym środowiskiem wokół półamatorskiej ligi albo profesjonalizować się i otwierać na „typowych Januszów”, „pinkników” i innych, czyli zwykłych, przypadkowych kibiców, dla których jest to jeden ze sposobów na przyjemne spędzenie weekendu.

3. Celem na przyszły sezon powinno być zwiększenie średniej frekwencji na meczach ligowych.

4. Medialne eventy powinny być organizowane w całym kraju, nie tylko w Warszawie.

5. Trzeba poprawić stadiony, wyrównać poziom ligi i rozbudować transmisje.

6. Spory w środowisku trzeba rozstrzygać regulaminowymi kanałami, a nie awanturami na boisku.

 

Zapraszam do lajkowania profilu bloga na Facebooku. Już za niecałe 50 dni początek sezonu w NFL, więc to pewnie ostatni wpis o PLFA do meczu kadry z Holandią.

 

niedziela, 14 lipca 2013

Linia defensywna Giants Wrocław oraz Jamal Schulters zdominowali VIII Superfinał PLFA, co oznacza, że tytuł po rocznej banicji nad morzem wraca do Wrocławia. Szkoda tylko, że nie do Devils ;)

 

Od początku stało się jasne, że tak jak zeszłoroczny finał był meczem ofensywny, tak w tegorocznym spotkaniu będą dominowały defensywy. Obie linie defensywne bardzo dobrze penetrowały i nie pozwalały na rozwinięcie skrzydeł running backom. Długo utrzymywał się wynik 0:0, a ofensywy obu drużyn nie były w stanie nic wygenerować, nawet gdy po przechwycie Eagles znaleźli się 30 jardów od pola punktowego rywali.

Przełamanie nastąpiło oczywiście za sprawą defensywy. gracze Giants zsackowali Shane'a Gimzo w jego własnym polu punktowym na safety. Chwilę później ofensywa Giants przemaszerowała boisko, a całość wykończył 1-jardowym biegiem Jamal Schulters. Szkoda tylko, że, jak pokazały powtórki, do pola punktowego zabrakło mu kilkudziesięciu centymetrów. Nie mam tu pretensji do sędziów, bo akcja faktycznie była piekielnie trudna do oceny, ale może na przyszły rok warto pomyśleć nad jakimś systemem sprawdzania akcji na powtórkach na wzór NCAA, skoro mamy takie możliwości techniczne?

Eagles mogli zdobyć pierwsze punkty jeszcze przed przerwą, tylko najpierw nerwowa końcówka i kiepskie zarządzanie zegarem pozbawiło ich szansy na przyłożenie, a potem nie trafili field goala, więc na przerwę schodzili przegrywając 9:0.

 

Po przerwie szybko zrobiło się 16:0. Giants pokazali, że są bardziej wszechstronni w ataku. Linia ofensywna zaczęła lepiej torować drogę Schultersowi, który skrzętnie wykorzystywał szanse, a Bartosz Dziedzic, mimo zaledwie 19 lat na karku, grał lepiej niż jego vis a vis, Shane Gimzo. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że reciverzy Dziedzica maskowali jego drobne niedokładności, podczas gdy reciverzy Gimzo upuścili kilka naprawdę niezłych podań.

Eagles w drugiej połowie nieco zmienili sposób gry. Zaczęli biegać bardziej do linii bocznej, stosować podania typu screen, w samej końcówce udało im się nawet uruchomić klasyczną grę podaniową. Jednak obrona Giants szybko się w tym wszystkim połapała.

MVP zasłużenie zdobył Schulters, jednak ja przyznałbym tą nagrodę zbiorowo defensywie Giants. Dawno już nie widziałem tylu zatrzymań na linii wznowienia akcji lub wręcz na ujemne jardy. Shane Gimzo grał bardzo słabo, ale ogromna w tym zasługa linii defensywnej Giants, która znęcała się nad nim bezlitośnie i sackowała raz po raz.

 

Oba zespoły udowodniły, że faktycznie mają najlepsze defensywy w Polsce. Jednak to Giants potrafili lepiej dostosować się do sytuacji na boisku i mieli bardziej wszechstronną ofensywę. To oni potrafili uruchomić grę podaniową, która może nie stanowiła gigantycznego (nomen omen) zagrożenia, ale rozciągnęła obronę na tyle, żeby zrobić miejsce Schultersowi. Wrocławianie wygrali w pełni zasłużenie. Może i defensywa wygrywa mistrzostwa, ale bez zdobywania punktów nie sposób osiągnąć końcowego sukcesu.

 

Po meczu przyznano nagrody indywidualne za cały sezon. Poniżej lista i moje komentarze.

Najlepszy QB i MVP - Sedrick Harris (Devils Wrocław)

Nawet jako fan Devils mam wrażenie, że MVP należało się Schultersowi. Co do nagroda dla najlepszego QB pełna zgoda.

Najlepszy WR - Dawid Tarczyński (Devils Wrocław)

Hmmm... Clarence Anderson wyróżniał sie bardziej jako special teamer. MP3 (Mark Philmore) był w cieniu Schultersa. Więc chyba jednak Tarczyński.

Najlepszy RB - Jamal Schulters (Giants Wrocław)

Najlepszy OL - Babatunde Aiyegbusi (Giants Wrocław)

W tych dwóch przypadkach nie ma o czym gadać.

Najlepszy DL - Konrad Paszkiewicz (Warsaw Eagles)

Przyznaję bez bicia, że nie mam swojego kandydata, choć w finale Paszkiewicz nie imponował.

Najlepszy LB - Marc Avery-Erckhart (Warsaw Eagles)

Nie mam zastrzeżeń.

Najlepszy DB - Adam Lary (Devils Wrocław)

Tak. W kluczowych momentach najważniejszych meczów to on wykonywał najważniejsze akcje w obronie.

Najlepszy kicker - Krzysztof Wis (Devils Wrocław)

Wobec ogólnej degrengolady w ligowej kicking game Wis zdobył tę nagrodę chyba przez zasiedzenie. Może jednak Dawid Pańczyszyn? Wisa należałoby raczej docenić za dokonania w defensywie, choć Lary faktycznie miał lepszy sezon.

 

Na Stadion Narodowy przyszło tym razem tylko 16,5 tys. kibiców. To ponad 6 tys. mniej niż w zeszłym roku. Taka sytuacja musi być dzwonkiem alarmowym dla władz PLFA, ale więcej o moich obserwacjach z punktu widzenia kibica napiszę jeszcze w tym tygodniu.

Póki co gratulacje dla obu zespołów, które stworzyły naprawdę niezłe widowisko, a zwłaszcza dla nowych mistrzów Polski. Zawodnicy mają zasłużone wakacje. Na boiska PLFA wracamy w marcu 2014, a już za niespełna 2 miesiące kickoff w NFL, więc zaglądajcie na bloga i lajkujcie jego profil na Facebooku!

wtorek, 09 lipca 2013

Nie minęło dziesięć lat od powstania ligi, a Superfinał powoli staje się znaczącym punktem w sportowym kalendarzu Polski. W tym roku dwie najlepsze footballowe ekipy w Polsce znów spotkają się na Stadionie Narodowym w Warszawie.

W VIII Superfinale zagrają Giants Wrocław, którzy pokonali w półfinale obrońców tytułu, Gdynia Seahawks oraz Warsaw Eagles, którzy niespodziewanie wygrali swój wyjazdowy mecz półfinałowy z przetrzebionymi kontuzjami wrocławskimi Devils. Jak zwykle całej imprezie będzie towarzyszył piknik, bogata oprawa i liczne atrakcje pozaboiskowe, ale po szczegóły odsyłam na stronę internetową Superfinału, ja skupię się jedynie na aspekcie sportowym.

 

W zeszłym roku w finale zmierzyli się Eagles i Seahawks. Po ofensywnym, obfitującym w efektowne akcje spotkaniu wygrali ci drudzy. Spotkanie mogło zachwycić przygodnego kibica, ale mi brakowało dobrej gry w defensywie. W tym roku powinno być inaczej.

Tegoroczni Eagles i Giants to drużyny na pozór bardzo do siebie podobne. Dwie najlepsze defensywy ligi, obie ekipy opierają się na akcjach biegowych i mają wszechstronnych niebezpiecznych wide reciverów. Jednak po bliższym przyjrzeniu się widać wyraźne różnice, zwłaszcza w grze w ataku.

Giants to głównie Jamal Schulters, najlepszy obecnie running back w Polsce. To on biega z piłką w większości akcji wrocławian, odpowiada też często za akcje powrotne. FIlozofia ofensywna Giants polega na otwarciu ścieżek biegowych, które nieprawdopodobnie szybki i zwrotny Schulters mógłby zamienić na duże zyski jardowe w jednej akcji. Schulters biega zarówno przez środek, jak i do linii bocznej i ma gigantyczny repertuar zwodów.

Z drugiej strony mamy, jak to słusznie ujął na swoim blogu Dawid Biały. "pięciogłowego running backa z polskim paszportem o bardzo długim nazwisku, OsuchowskiSzpotańskiJuszczakKozdrójWięckowski." Innymi słowy Eagles "biegają komitetem", jak o takiej taktyce mawiają za oceanem. Do tego rozgrywający Eagles, Shane Gimzo, czasem lubi wziąć piłkę pod pachę i pobiec samemu. Zespół z Warszawy bardzo często ustawia się na dwóch lub nawet trzech running backów i korzysta z klasycznych fullbacków (tutaj więcej o pozycjach w ofensywie). Eagles są mistrzami zmylania rywali. Często nie wiadomo, który z licznych ustawionych za linią ofensywną graczy biegnie z piłką. W półfinale we Wrocławiu byli w tym tak skuteczni, że raz udało im się nawet zmylić sędziów. Z drugiej strony ich akcje najczęściej przechodzą przez środek, to typowy fizyczny football, w najbardziej klasycznym wydaniu "in your face", ze stosunkowo małymi, ale konsekwentnymi zyskami jardowymi.

Takie podejście determinuje taktykę. Giants chcą się przesuwać do przodu jak najszybciej, Eagles wręcz przeciwnie. Drużynie z Warszawy wystarcza zdobywanie 3-4 jardów na próbę. To wystarczy, żeby dojść do pola punktowego rywala, a jednocześnie seria ofensywna składająca się z 12 prób po 30 sekund każda zużywa połowę kwarty, podczas której ofensywa rywala stoi niegroźna za linią boczną (przy akcjach biegowych nie zatrzymuje się zegara, jeśli zawodnik nie wychodzi za boisko). A serie Eagles potrafią być dłuższe niż 12 prób.

Oba zespoły będą musiały wziąć na to poprawkę w obronie. Eagles będą zapewne niemal w ciemno szli do Schultersa, przesuwając pod linię wznowienia akcji jednego safety lub wręcz z niego rezygnując na rzecz dodatkowego linebackera. Podobnie ustawią się zapewne Giants, ale tu nie ma mowy o pójściu w ciemno do jednego gracza. Zamiast tego wrocławianie będą musieli zatrzymywać biegi rywala na lub nawet przed linią wznowienia akcji. Kluczowym starciem w tym meczy będzie walka linii ofensywnej Eagles, która musi wygenerować te kilka jardów miejsca dla running backów i linią defensywną Giants, która nie może dać się odepchnąć do tyłu i przepuścić "pięciogłowego potwora".

X-factorem w tym wszystkim może być dwóch wide reciverów. Po stronie Eagles jest to Clarence Anderson, który potrafi łapać dalekie podania, jeśli defensywa rywali za bardzo skupi się na powstrzymywaniu akcji biegowych. Z kolei Giants mają Marka Philmore'a, jednego z najlepszych reciverów w historii PLFA. Ja jednak zwróciłbym uwagę na dwóch smarkaczy w tym gronie, zaledwie 19-letnich braci Dziedziców z Wrocławia. Bartosz pełni odpowiedzialną funkcję rozgrywającego, a Tomasz jest jego drugim ulubionym (po Philmorze) celem. To właśnie oni, nieco zapomniani, ale mający ogromny potencjał, mogą stać się niespodziewanie bohaterami finału PLFA. No i czy nie byłoby pięknie, gdyby w tej amerykańskiej grze, gdzie kluczowe role odgrywają importowani ze Stanów gracze, na największej arenie w Polsce, bohaterami zostałoby dwóch tak młodych i uzdolnionych Polaków?

Na koniec wspomnę jeszcze o grze w akcjach powrotnych. Clarence Anderson jest w tym względzie najlepszy w Polsce. Najprawdopodobniej więc Giants poradzą sobie z tym tak, jak Devils w półfinale - będą ekspediować punty w aut i starali się generować touchbacki przy kickoffach.

Moim zdaniem faworytem w tym meczu są Giants, którzy posiadają mimo wszystko szerszy arsenał w ofensywie, jednak jeśli ofensywa Eagles zdominuje czas posiadania piłki, to właśnie stołeczny klub może się cieszyć z mistrzostwa.

Początek meczu w niedzielę 14 lipca o 17:00, transmisja na żywo w TVP Sport już od 16:20. Bilety wciąż można kupić na Eventim.pl oraz w kasie Stadionu Narodowego.

niedziela, 30 czerwca 2013

Nie będzie powtórki z zeszłego roku. W półfinale Gdynia Seahawks przegrali na własnym boisku z Giants Wrocław. W finale PLFA Giants zmierzą się z Warsaw Eagles, którzy wczoraj niepodziewanie pokonali we Wrocławiu tamtejszych Devils.

Giants wyciągnęli wnioski z sezonu zasadniczego, kiedy to przegrali w Gdyni 32:28. Od połowy drugiej kwarty to wrocławianie niepodzielnie dominowali na boisku. Nie do zatrzymania dla obrońców Seahawks był Jamal Schulters, najlepszy chyba running back polskiej ligi.  Młody rozgrywający wrocławian, Bartosz Dziedzic, przez większość meczu jedynie oddawał piłki Schultersowi, ale sam również popisał się kilkoma udanymi akcjami.

Po drugiej stronie kompletnie bezradny był quarterback ekipy z Pomorza, Ferni Garza. Jego reciverzy non stop znajdowali się pod presją, a on sam również nie raz musiał uciekać defensorom Giannts. Lepsze efekty przynosiła gra biegowa, choć kilka akcji Sebastiana Krzysztofka nie wystarczyło na rozpędzonych Giants. O dziwo ofensywa Seahawks najlepiej spisywała sie, kiedy Garza zszedł z boiska i gospodarze zaczęli grać akcje read option.

Na gdynianach zemściła się nieumiejętność wykorzystywania nielicznych błędów rywala. Pod koniec pierwszej połowy przejęli piłkę w red zone rywali po błędzie puntera Giants, jednak nie wykorzystali szansy, by przed przerwą doprowadzić do wyrównania. Z kolei w czwartej kwarcie zły snap Giants niespodziewanie dał jeszcze Seahawks nadzieję, jednak chwilę później tuż przed polem punktowym rywali Jeremy Dixon zgubił piłkę.

Za dwa tygodnie w Warszawie w VIII SuperFinale PLFA zmierzą się Warsaw Eagles z Giants Wrocław, czyli najlepsza defensywa przeciwko najbardziej imponującej ofensywie w lidze. Zapowiada się pasjonujące widowisko. Bilety na mecz można kupić na Eventimie, a transmisję przeprowadzi TVP Sport. Zapraszam!

sobota, 29 czerwca 2013

Drugi rok z rzędu Devils Wrocław swój udział w rozgrywkach Topligi kończą na półfinale. I znowu ich pogromcami okazali się Warsaw Eagles. Tym razem jednak to Devils, którzy mieli najlepszy bilans sezonu zasadniczego w całej lidze, byli faworytami i nie sprostali tej roli.

Od początku było wiadomo, że Devils czeka dużo trudniejsze zadanie niż wydawało się tydzień temu. Oprócz kontuzjowanych reciverów Dawida Tarczyńskiego i Grzegorza Mazura na placu gry ani przez moment nie pojawił się podstawowy running back Xavier Glenn.

Trener Val Gunn postanowił zaryzykować i przesunął do ataku nominalnych obrońców: Krzysztofa Wisa i Austina Smitha. Niestety pomysł wypalił, ale w twarz wrocławian. Żaden z tych zawodników nie odmienił znacząco gry ofensywnej Devils, a ich brak w obronie był bardzo widoczny, gdy przy dwóch pierwszy przyłożeniach dla Eagles z tyłu defensywy wrocławian ziały wielkie dziury, które normalnie łatają ci dwaj gracze. W akcie desperacji Gunn wypuścił Austina Smitha do gry w dwóch formacjach: ofensywnej i defensywnej, co owszem, skutecznie ograniczyło akcje podaniowe gości, ale sprawiło, że zmęczonego Smitha na początku czwartej kwarty zaczęły łapać skurcze. Na pomysł ustawienia Cliffa Perrymana jako slot recivera spuśćmy zasłonę milczenia.

 

Wygrał zespół lepszy w każdym elemencie gry. Goście ze stolicy bardzo mądrze wykorzystywali swoje atuty. Koalicja polskich running backów przez cały mecz konsekwentnie wyrywała małe ilości jardów. Nie było to nic efektownego, krótkie biegi po 4-5 jardów, ale wystarczały do zdobywania kolejnych pierwszych prób, męczyły zdziesiątkowanych Devils i zjadały sporo sekund z zegara meczowego, co było wybitnie nie na rękę wrocławianom, lubiącym szybką ofensywę no-huddle.

Rozgrywający gości, Shane Gizmo, nie wykonał chyba nawet dziesięciu podań w meczu. Jednak dyrygowana przez niego ofensywa zagrała koncertowo, a ogromna w tym zasługa linii ofensywnej, która bardzo rzadko pozwalała Devilsom łapać graczy z piłką przed linią wznowienia akcji.

 

Po drugiej stronie Sedrick Harris dwoił się i troił, ale ze swoich ulubionych celów miał do dyspozycji tylko Krzysztofa Wisa, a większość akcji biegowych musiał rozgrywać sam, bo Austin Smith jako running back się po prostu nie sprawdził. Jednak wysiłki Harrisa brały w łeb, gdyż najczęściej więcej czasu spędzał unikając blitzów rywala, których nie była w stanie wyłapać linia ofensywna, niż na wyszukiwaniu niekrytych partnerów.

Ogromne słowa uznania należą się defensywie Eagles, która pozwoliła Devils zdobyć punkty dopiero, kiedy było już po meczu. Sedrick Harris był w opałach właściwie w każdej akcji, a gospodarze nie zanotowali ani jednej "big play" w ataku (czyli zysku ponad 20 jardów w jednej akcji), co wcześniej było ich znakiem firmowym.

 

Defensywa Devils nie miała odpowiedzi na grę biegową Eagles. Zabrakło lepszej penetracji ze strony linii defensywnej, a jeśli już udało się wyminąć linię ofensywną warszawian, za rzadko wykorzystywali szansę na powalenie rywali na stratę jardów. Obrońcy wrocławian nie pozwalali na żadne duże zyski w jednej akcji, ale mnóstwo krótkich akcji z rzędu było dokładnie tym, o co chodziło gościom. No i karygodnie zaspali przy dwóch pierwszy przyłożeniach dla Eagles, kiedy reciverzy gości mieli tyle miejsca, że chyba nawet ja zdołałbym im podać na touchdown.

Jedyne co wyszło ekipie z Wrocławia to kompletna neutralizacja chyba najlepszego gracza special teams w Polsce, czyli Clarence'a Andersona, który przez cały mecz nie miał ani jednej udanej akcji powrotnej. Ale tym razem nie było to potrzebne.

 

Dla Devils i ich kibiców, w tym niżej podpisanego, ten sezon kończy się rozczarowaniem. Eagles za dwa tygodnie zagrają w SuperFinale na Stadionie Narodowym w Warszawie, czyli można powiedzieć "u siebie". Ich przeciwnikiem będą Giants Wrocław lub Gdynia Seahawks. Te dwie ekipy zmierzą się jutro w drugim półfinale w Gdyni. Trudno tu wskazać faworyta, ale minimalnie większe szanse daję drużynie gospodarzy.

czwartek, 27 czerwca 2013

Tegoroczny offseason jest wyjątkowo ciężki dla tych miłośników NFL, którzy tak jak ja kibicują New England Patriots i przyzwyczaili się, że od początku tego wieku drużyna prezentuje równy, bardzo wysoki poziom. Obrazki Aarona Hernandeza, który w środę wieczorem naszego czasu został wyprowadzony z własnego domu w kajdankach i natychmiast potem zwolniony przez klub stały się symboliczną kulminacją splotu fatalnych okoliczności i kontrowersyjnych decyzji.

Zaczęło się jeszcze pod koniec zeszłego sezonu. Rob Gronkowski, czołowy tight end ligi i jeden z ulubionych celów podań Toma Brady'ego, złamał lewą rękę pod koniec sezonu zasadniczego. Wrócił na chwilę w playoffach, by w jednej z pierwszych akcji złamać ją w tym samym miejscu. Od razu przeprowadzono operację, podczas której wstawiono mu w przedramię metalowe płytki i śruby, trzymające w kupie potrzaskaną kość. Standardowa procedura.

Tyle tylko, że u Gronkowskiego wdała się infekcja. I to tak uporczywa, że jej usunięcie wymagało aż trzech operacji, ostatniej w czerwcu. Dodatkowo, także w czerwcu, operacyjnie poprawiono mu  uszkodzony dysk w kręgosłupie. Podobno nic groźnego, ale Gronkowski miał już podobną operację podczas gry na uczelni, tyle że na innym kręgu. Patriots zapewniają, że "Gronk" wróci może nawet na obóz przedsezonowy, ale tak naprawdę nie wiadomo czy po pięciu operacjach w ciągu dziewięciu miesięcy zdoła się wykurować choćby na pierwszą kolejkę ligowego sezonu. A jeśli nawet, to przez pierwszych kilka tygodni nie będzie tym dominującym zawodnikiem, którego pamiętamy z poprzednich lat.

 

Idźmy dalej. Patriots zwolnili WR Brandona Lloyda (w zeszłym roku złapał 74 piłki na 911 jardów)  i nie przedłużyli kontraktu z jednym z filarów ofensywy WR Wesem Welkerem (118 złapanych, 1354 jardy), który przeniósł się do Denver oraz Dannym Woodheadem (40 złapanych, 446 jardów), który przeszedł do San Diego. W miejsce Welkera z St. Louis przyszedł Danny Amendola, który ma być młodszym i tańszym Wesem Welkerem, ale do tego poziomu chyba jeszcze trochę mu brakuje.

W efekcie Amendola jest najlepszym wide reciverem w obecnej ekipie Patriots, a numerem dwa jest... Julien Edelman. Gracz bardzo pożyteczny i wszechstronny, ale raczej jako facet od czarnej roboty, "trick plays" i gry w special teams. Obaj ci gracze w sumie mieli mniej jardów w zeszłym roku niż sam Brandon Lloyd. Ich zmiennikami będzie dwóch debiutantów, którzy są kompletną niewiadomą oraz dwóch weteranów, którzy w Nowej Anglii będą próbowali wskrzesić swoje zamierające kariery. Księgowi są zachwyceni niskokosztowym składem, kibice przerażeni niepewnymi perspektywami.

I wreszcie przyszło trzęsienie ziemi. Aaron Hernandez został aresztowany i oskarżony o morderstwo pierwszego stopnia, czyli zaplanowane i wykonane z premedytacją. Jeśli zostanie skazany za to przestępstwo, grozi mu dożywocie lub nawet kara śmierci. Tutaj możecie przeczytać o szczegółach sprawy. Hernandez już wcześniej miał pozaboiskowe problemy, w drafcie cztery lata temu został wybrany dopiero w czwartej rundzie ze względu na oblanie testu antydopingowego na uczelni (wykryto marihuanę w jego organizmie) oraz trzymanie się w "nieodpowiednim towarzystwie". Ale czegoś takiego nikt się nie spodziewał. Klub zwolnił go półtorej godziny po aresztowaniu.

Hernandez był niezwykle ważnym graczem w ofensywie Patriots. Nominalny tight end, częściej jednak funkcjonował jako wide reciver czy nawet running back (tutaj przeczytacie o różnicach między tymi pozycjami). Jego waga dla Patriots wynikała nie tylko z ilości złapanych podań, ale przede wszystkim z tego, że sama jego obecność na boisku wprowadzała zamieszanie w szeregach obrony rywali, którzy nie wiedzieli w jakiej roli zaraz zobaczą Hernandeza.

 

W efekcie Tom Brady praktycznie nie ma do kogo podawać. Jeśli Gronkowski nie zdoła się wykurować, w składzie Patriots zabraknie pięciu graczy, którzy złapali w zeszłym sezonie najwięcej podań i odpowiadali w sumie za ponad 85% jardów podaniowych. Trener Brian Billick, który w 2000 r. zdobył mistrzostwo z Baltimore Ravens powiedział, że jeśli Brady z tak słabym korpusem reciverów będzie miał podobne statystyki jak w zeszłym roku, to powinien zostać wzięty do Galerii Sław od razu, choć normalnie ten zaszczyt spotyka graczy najwcześniej pięć lat po zakończeniu kariery.

Na szczęście nie wszystko jest tak mroczne. Odrodzona w zeszłym roku gra biegowa może wziąć na siebie większy ciężar, zwłaszcza że została cała linia ofensywna z zeszłego roku, wzmocnieniu uległ też korpus running backów. Także defensywa, która już w zeszłym roku miała przebłyski, w tym roku ma szansę wreszcie stać się wsparciem dla ofensywy, a nie słabością, którą trzeba maskować.

 

Jeśli Gronkowski się nie wykuruje, Patriots praktycznie nie mają tight enda. Reszta graczy z tej pozycji w składzie ekipy z Massachusetts przez całą swoją karierę w NFL złapała w sumie mniej podań niż sam Gronkowski w 11 meczach zeszłego sezonu. Wide reciverzy są mocno niepewni, a każda kontuzja w tej grupie będzie katastrofą. Jasne, można postawić na grę biegową, ale jeśli ma się w składzie Toma Brady'ego przypomina to odstawienie bolidu Formuły 1 na rzecz Volkswagena.

Cała nadzieja w tym, że Patriots nie mają dużej konkurencji w swojej dywizji i nawet po tych wszystkich wstrząsach wciąż pozostają faworytami do jej wygrania. A w playoffach będzie już (miejmy nadzieję) zdrowy Gronkowski oraz okrzepnięty (miejmy nadzieję) korpus wide reciverów. Ale kto ma mieć nadzieję, jeśli nie kibice?

sobota, 08 czerwca 2013

Kto w sobotnie popołudnie nie wybrał sie na wrocławski Stadion Olimpijski na derby Wrocławia niech żałuje. Dziewięć zmian prowadzenia, masa szalonych akcji i walka do ostatnich minut. Do tego football na najwyższym polskim poziomie.

Mecze Devils Wrocław z Giants Wrocław (dawnymi The Crew) mają długą historię i z wyjątkiem 2009 r. dostarczały widzom zawsze mnóstwo emocji. W sobotę nawet aura postanowiła się dopasować i mieliśmy jedne z nielicznych tej wiosny ciepłych, słonecznych chwil.

 

Mecz rozpoczął się jedną z najbardziej niezwykłych sekwencji zdarzeń, jakie miałem okazję kiedykolwiek oglądać na footballowym boisku. Najpierw Giants wygrali rzut monetą i mogli wybierać czy chcą odbierać, czy odkopywać piłkę. Wybrali odkopywanie i już po chwili tego żałowali. Fenomenalną akcją powrotną popisał się Xavier Glenn i Devils prowadzili 6:0. W odpowiedzi Giants zablokowali podwyższenie za jeden punkt, a akcję powrotną na przyłożenie, warte nietypowo dwa punkty, wykonał Deante Battle.

Pierwsza połowa to głównie popisy ofensyw. Nie do zatrzymania był Jamal Schulters, running back Giants, który raz po raz wyrywał się z objąć obrońców Devils i zdobywał kolejne jardy w sytuacjach wydawałoby się niemożliwych. Formacja ataku Devils początkowo próbowała zaskoczyć rywali, praktycznie w ogóle rezygnując z gry podaniowej, grając sporo akcji wildcatem (czyli snapem bezpośrednio do running backa z pominięciem rozgrywającego) oraz wykorzystując jako biegaczy nominalnych defensorów: Clifforda Perrymana i Austina Smitha. Nie szło to jednak najlepiej i wkrótce Diabły wróciły do bardziej tradycyjnych sposobów na zdobywanie jardów, co szło im znacznie lepiej.

Nieco słabiej spisywały się defensywy, zwłaszcza obrona Devils miała spore problemy z zatrzymaniem Schultersa, a kiedy już się udawało, Bartosz Dziedzic znajdował podaniami swoich kolegów z drużyny.

Oba zespoły zdobyły po trzy przyłożenia, jednak Giants schodzili na przerwę prowadząc czterema punktami. Skąd taka różnica? Wszystko sprowadza się do podwyższeń, które Giants wykorzystywali, a Devils nie, łącznie ze wspomnianym podwyższeniem na samym początku meczu, po którym dwa punkty zdobyli nie Devils, a ich rywale.

 

W drugiej połowie zobaczyliśmy zupełnie inny obraz sytuacji. Przede wszystkim na placu gry pojawiła się kompletnie odmieniona obrona Devils, która przez całą drugą połowę pozwoliła rywalom, zdobywającym do tej pory przeszło 45 punktów na mecz, na dołożenie do swojego dorobku jedynie trzech oczek.

Festiwal kuriozalnych sytuacji trwał. Po serii akcji ofensywnych zatrzymani Giants postanowili kopać field goala. Z prawie 50 jardów. Nie ma chyba w Polsce kopacza, który dawałby takiej próbie większe szanse powodzenia. Na domiar złego (dla Giants oczywiście) kopnięcie zostało zablokowane, a po akcji powrotnej kolejne sześć punktów na koncie Diabłów dopisał Austin Smith. Niestety tylko sześć, bo podwyższenie znowu się nie powiodło. Oto jak zdobyć cztery przyłożenia przy trzech przeciwnika i prowadzić jedynie dwoma punktami.

Giants udał się znowu wyjść na prowadzenie po udanym tym razem field goalu z 37 jardów (co jak na polską ligę również jest niezłym wyczynem). Jednak to było wszystko na co stać było tego popołudnia ofensywę Gigantów.

 

Wydaje mi się, że zemściła się na nich powtarzalność. Przez cały mecz najlepsze efekty dawały akcje biegowe Schultersa. Większość szła przez środek, gdzie fenomenalnie torowała mu drogę linia ofensywna Giants. Jednak w drugiej połowie obrońcy Devils szli w ciemno do Schultersa, nie obawiając się specjalnie innych zagrożeń. Zostali co prawda kilka razy skarceni podaniami Dziedzica, ale per saldo skupienie się niemal w całości na Schultersie dało świetne efekty. Oczywiście tak dobrego gracza nie da się całkowicie wyłączyć z gry, ale coraz więcej było akcji zaledwie kilkujardowych lub wręcz na minus.

Właściwie defensywa mogłaby rozstrzygnąć to spotkanie już wcześniej, gdyby nie masa głupich kar, w dużej mierze po gwizdku. To nie pierwszy mecz Devils, w którym kary niesportowego zachowania i uderzenia po akcji niweczą wysiłki całej formacji. Niewątpliwie trener Val Gunn i jego sztab będzie musiał nad tym popracować.

W czwartej kwarcie sprawy w swoje ręce wziął nierówno wcześniej grający Sedrick Harris. Rozgrywający Devils udanie miksował własne akcje biegowe z podaniami i wreszcie wykończył serię własnym biegiem, w którym zdobył przyłożenie, choć wydawało się, że nie ma prawa uciec dobrze ustawionym defensorom Gigantów.  Potem nastąpiło jedyne w tym meczu udane podwyższenie Devils (od razu dwupunktowe) i nominalni goście wyszli na siedmiopunktowe prowadzenie i stało się jasne, że Giants będą potrzebowali przyłożenia, żeby wyrównać.

Do końca meczu pozostały jedynie niespełna cztery minuty i wówczas jeszcze raz na wysokości zadania stanęła obrona Devils. Najpierw Adam Lary przechwycił pod własnym polem punktowym podanie Bartosza Dziedzica (po czym miał fumble w akcji powrotnej, które szczęśliwie wypadło za linię boczną). Devils udało się ukraść kilka sekund i dwa timeouty Giants, ale musieli odkopnąć i dać rywalom jeszcze jedną szansę. Wówczas w jednej z akcji mocno uderzony przez defensorów Patryk Matkowski zgubił piłkę, którą odzyskał Krzysztof Wis i stało się jasne, że Devils tego mecz nie przegrają.

 

Na podkreślenie zasługuje fantastyczna atmosfera na trybunach. 1200 kibiców obu drużyn siedziało koło siebie i bawił się znakomicie, bez szpalerów ochrony, płotów oddzielających i innych tego typu urządzeń znanych z meczów piłki nożnej. Fani obu ekip zasługują na najwyższe słowa uznania.

 

Wynik meczu oznacza, że jeśli Devils wygrają oba mecze, które zostały im do końca sezonu, zajmą pierwsze miejsce w grupie południowej i w półfinale zagrają na własnym boisku. Giants muszą liczyć na potknięcie lokalnych rywali, o co chyba najłatwiej będzie w ostatniej kolejce, gdy Devils jadą do Warszawy na mecz z Eagles. Dwa zwycięstwa Devils będą oznaczały drugie miejsce dla Giants i wyjazdowy półfinał, najprawdopodobniej w Gdyni.

 

Zapraszam na profil NFL Blog.pl na Facebooku, gdzie możecie obejrzeć galerię zdjęć z tego meczu autorstwa mojej żony Kasi.

czwartek, 06 czerwca 2013

W ostatni weekend odbyły się derby Warszawy. Jak było do przewidzenia Eagles wprost zmietli Spartans, zdecydowanie najsłabszą drużynę Topligi, wygrywając 71:0. I właściwie na tym można by było zakończyć pisanie o tym meczu, gdyby nie akcja powrotna Clarence’a Andersona przy jednym z puntów Spartans (tutaj możesz przeczytać więcej na temat puntów).

 

Akcja niewątpliwie bardzo efektowna, choć najpierw Anderson źle się ustawił, potem bardzo ryzykownie podniósł toczącą się po ziemi piłkę (większość trenerów kazałoby ją zostawić w spokoju, za duże ryzyko fumble), a na koniec special teams Spartans… nie popisały się i na takim stwierdzeniu poprzestańmy.

Niemniej jednak akcja Andersona zaczęła błyskawicznie robić karierę. Najpierw zainteresował się nią serwis Deadspin, który zajmuje się sportem, ale od nieco bardziej ciekawostkowo-humorystycznej strony, niemniej jednak znajduje się wśród tysiąca najchętniej odwiedzanych stron w USA (podaję za porównywarką Alexa). Stamtąd filmik trafił do ESPN America, kanału dość niszowego i skierowanego raczej do widzów poza USA.  Jednak podchwycili go też redaktorzy „starszego brata” czyli klasycznego ESPN, najpopularniejszej sportowej stacji w Stanach. Akcja trafiła do Top 10 w Sports Center, programie, który Mark Philmore z Giants Wrocław nazywa „najpopularniejszym programem sportowym w USA”.

Stamtąd rozprzestrzenia się coraz szybciej. Widziałem ją już na profilu NFL Memes, który może się pochwalić niemal 0,5 mln. fanów na Facebooku, a dziś rano zaskoczyła mnie na głównej stronie NFL.com.

Takiej promocji PLFA nie miało jeszcze nigdy. Dzięki tej akcji wielu Amerykanów ze zdziwieniem usłyszało, że w Polsce w ogóle gra się w football amerykański. Mam jednak nadzieję, że kolejne „big plays”, które staną się hitem internetu nie będą wiązały się z tak słabą grą w obronie i meczem, który kończy się tak druzgoczącym zwycięstwem jednej strony.

Zapraszam do polubienia fanpejdża (fanpage’a?) bloga na Facebooku. Co prawda nie mam jeszcze 0,5 mln. fanów, ale przebiliśmy już pięćdziesiątkę. Pozdrawiam zawodników z różnych polskich klubów, którzy „zlajkowali” blog, ale informuję, że niezmiennie pozostaję kibicem Devils ;)

 

ZOBACZ TEŻ:

Special teams, czyli kickoffy, punty i field goale



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10